piątek, 20 lipca 2018

Upały:-)

Mam znowu rehabilitację. Tym razem same masaże. Strasznie boli czasem, ale to pomaga najbardziej, więc drę się trochę, ale nie uciekam :-)

Odpisałam na komentarze pod poprzednim postem i pomyślałam sobie, że odpowiedź do Agnieszki Krawczyk jest spostrzeżeniem, które może się wszystkim przydać :-)

. No właśnie, z jednej strony nie chcemy problemów, a z drugiej, nic tak nie wzmacnia jak radzenie sobie z nimi. Pewnie dlatego tak myślę, ze strach mnie już opuścił i znowu jestem dzielna, hehe Ale myślę, że każdy kiedy pokona słabość, może wierzyć, że udało się raz, to uda się i drugi. Już myślałam, że nie boję się niczego, a jednak, hehe, teraz znów tak myślę. Pewnie zdarzy się taka powtórka emocji nie raz, aż nadejdzie taka chwila, kiedy uwierzę, że zawsze sobie poradzę. I rzeczywiście tak będzie, przestanę się bać. Czego nam wszystkim z całego serca życzę :-)




O takiego kociego stanu tylko pozazdrościć, hehe

W weekend się uda !!!!




 Fuksja się rozrosła cudnie :-))

poniedziałek, 16 lipca 2018

Nie stracić to dopiero szczęście :-)

      Udało mi się zrobić trzy nowe kartki. Po powrocie z sanatorium zupełnie wyleciało mi z głowy jak to się robi. Nie wiedziałam od czego zacząć. Gapiłam się na kolorowe kartki, cekiny, taśmy i nie umiałam sobie wyobrazić jak to można połączyć.
 I w końcu mnie olśniło :-)




Jestem bardzo zadowolona ze swoich dzieł. Już widać w nich trochę duszy. A Wy widzicie? A może mi się tylko wydaje ?:-) ale na pewno widać intencję radości!!

Wreszcie leje porządnie i roślinki odżyją. Takie były biedne w ten skwar, zwłaszcza, że nie podlewamy zbyt obficie bo noszenie konewki i wiader jest bardzo męczące.





W końcu ten maluch nam zginął. Mało mi serce nie stanęło z rozpaczy. Na szczęście, na wołanie swojej pani, rozległ się taki przeraźliwy miuk,  w końcu.
Ulga jaką sprawiło mi odnalezienie się kota, przypomniało jak wiele radości może sprawić sam fakt, że nieoczekiwanie można było coś utracić i cudem się nie straciło.


        Ostatnie dni dostarczyły wielu mrożących krew w żyłach wydarzeń. W jednej chwili okazało się, że mogę stracić dużo pieniędzy. Na szczęście udało mi się od tego wywinąć, ale za nim to nastąpiło, miałam wizję spłacania przez wiele lat i życia w biedzie.
        I kiedy już ochłonęłam, pomyślałam sobie, że jakoś by trzeba było żyć, więc można pomóc komuś kto ma szansę  zrobić z tego  pożytek. Bo jak się nie uda, nie będzie aż tak bardzo żal. W końcu mogłam je już raz stracić i w dodatku bez sensu.

I tak w całym nieszczęściu jest szczęście, zrozumiałam że nie warto kurczowo się trzymać posiadanych dóbr, trzeba się dzielić Pierwszy raz chyba przekonałam się, że stracić można bardzo dużo w jednej chwili, chociaż się tak zabiega, dba, pielęgnuje.
Rzeczywiście lepiej żyć tu i teraz, będzie coś na potem, super. Nie, to też dobrze.
Póki życia, póki nadzieja, jak mówiła moja kochana babcia

Problem mam poważny z odnalezieniem współczucia dla osoby, przez którą by się to stało.

Wszystko skończyło się dobrze, każde nieszczęście właściwie prowadzi do odnalezienia cennej cechy.
Wiedząc to, nie powinnam się bać, tylko wierzyć w swoje szczęście.

Mnie jednak ogarnia strach, co to jeszcze mnie spotka.

 Na szczęście koi ten ból mówienie mantr :-)

Powodzenia w nowym tygodniu wakacji nam życzę :-)

ooo, strach przepędziło też napisanie posta, hehe

 

wtorek, 10 lipca 2018

Niebo

      W Horyńcu w sanatorium mieszkałam na trzecim piętrze, więc chciał, nie chciał patrzyłam co tam na niebie się dzieje. Nabrałam też takiego nawyku leżąc w chorobie i tak mi już zostało.

Kiedy bezchmurne niebo okazało się najdoskonalszym stanem ludzkiego umysłu, obrazy na niebie odzwierciedlają myśli, uczucia, wydarzenia, które mają na nie ogromny wpływ.
 O ile na niebie może pięknie to wyglądać, o tyle w życiu, niekoniecznie :-)











A to już z Warszawy :-)



Wstaje nowy dzień.
Przypomniało mi się jak kiedyś nauczyciel bon porównał świadomość do słońca na niebie.
Wczoraj, w telewizji śniadaniowej, pani opowiadała jak reagować na płacz dziecka. Powiedziała, że kiedyś czuła się bezradna, przerażona, zdenerwowana, bo nie wiedziała co ma robić. Czy płacz jest wymuszaniem przez dziecko swoich zachcianek, czy dzieje mu się krzywda i trzeba pomóc i nie śmiać się, nie bagatelizować?
A teraz już doskonale wie, nauczyła się rozpoznawać powody zachowania swojego dziecka i reaguje na nie jak trzeba.
I to jest właśnie świadomość, która rozjaśnia wszystko, uspokaja, rozwiązuje problemy.

Kiedy nam się przytrafiają różne historie, dobrze jest taką świadomość, która daje pewność, spokój odnaleźć. Na początku świadomość drobnych spraw wystarczy, a z czasem pojawi się świadomość wielkich spraw. Jestem tego pewna, bo i ja tak zaczynałam.
Tzn. do wielkich mi jeszcze daleko, ale coraz lepiej mi idzie i coraz więcej się rozjaśnia, hehe

Patrzę na niebo powleczone chmurami spoza których wyzierają promyki słońca i już jestem spokojna, że pomoc nadciąga, hehe



Ja ją znajduje wiecie jak :-)




Jednak trudno iść spokojnie spać jak mały kotek defiluje po parapecie i ani myśli wracać do domu.
No i weź tu człowieku zachowaj spokój? Przecież może się wystraszyć spaść i polecieć w siną dal..., uch
wrócił w końcu! hehe


środa, 4 lipca 2018

Fundacja Chaphur






Największym wydarzeniem dla mnie,  w ostatnich dniach, było wzięcie udziału w kursie z  Cyklu Kluczowych Instrukcji Linii Męskiej i Żeńskiej, Z Wielkiej Tantry Podstawowej Białe Niebo: Wyzwalając Skrajności Umysłu.

Hehe, brzmi tajemniczo, ale jak dla mnie usłyszałam bardzo przydatne informacje jak żyć, jak się nauczyć myśleć, żeby nie robić krzywdy ani sobie, ani żadnej czującej istocie.

Kilka osób od początku jest ze mną na blogu i czytali jakie zmiany zaszły w moim życiu. Zaczynałam od wielkiej rozpaczy, a po kilku latach praktyk, jestem współczującym, dobrym, mądrym człowiekiem.
Zdarzają się cuda, rozwiązania trudniejszych spraw same "przychodzą" do głowy, nareszcie nie kontroluje nadmiernie wszystkiego wokół mnie, nie planuję zanadto, samo się układa tak jak jest najlepiej. Już potrafię się nie martwić o to co mi się przytrafia. Nie raz już się okazało, że to co najpierw zabolało, okazało się szczęśliwym rozwiązaniem.

Odzyskałam duszę i siłę życiową, a byłam prawie umierająca.

      Dlatego bardzo, ale to bardzo żarliwie będę  wspierać Fundacje Chaphur, aby nauka starożytnego królestwa Siang Siung nie zginęła, aby kształcili się mnisi, którzy będą  przekazywali tę mądrość dla pożytku wszystkich czujących istot.

Bardzo proszę o wsparcie dla klasztoru bon w Tybecie.

Fragment nauki:

Naturalny Stan jest jak esencja wspaniałego nektaru dudtsi*. kiedy czerpiesz radość ze wszystkich zewnętrznych i wewnętrznych zjawisk egzystencji w obrębie Naturalnego Stanu, cokolwiek się pojawia jest naturalnym dudtsi*. Każde zjawisko oraz przejawienie, które zostanie przypieczętowane Naturalnym Stanem, jest doskonałym nektarem dudtsi* samoświadomości. Spoczywając swobodnie w Naturalnym Stanie, osiągnięte zostaje dudtsi* Bonku.

Nie jest to zrozumiałe tak od razu, ale na pewno czuje się spokój, szczęście, w którym możemy być :-)

Naturalny Stan Umysłu Rinpocze porównał z gładkim niebem. A ten Naturalny Stan osiągamy w czasie medytacji. Tak zrozumiałam i bardzo pasuje do moich doświadczeń. Gdy siadam do medytacji nawałnica myśli atakuje mój umysł, a kiedy wstaję spokojnie uśmiecham się do siebie.

Przypomniało mi się, że przyjaciel mówił na zachętę: naucz się medytacji to dobre jest.
hehe, teraz bym go uściskała, że tyle starań poczynił, żebym zaczęła to robić. Myślę, że i on by mnie uściskał, że mi się to wreszcie udało, hehe

Odkrycia starożytnego królestwa Siang Siung to, myślę, nie lada gratka dla przyjaciela archeologa.
 I sądzę, że bardzo szybko historia i praktyka bon stałaby się nie tylko pasją zawodową, co pasją życia, bo ma wielkie serce i chciałabym, żeby był szczęśliwy.

No i ja już jestem w takim stanie umysłu, że chciałabym, żeby wszyscy byli szczęśliwi, ale tak naprawdę, czyli odkryli Naturalny Stan, istotę czystą i doskonałą :-)



piątek, 29 czerwca 2018

Grzegorz Kuźniewicz na koniec

     Grzegorz Kuźniewicz to wybitny rzeźbiarz i malarz pochodzący ze znanego ośrodka kamieniarskiego Stare Brusno.
Przed wyjazdem do Stanów Zjednoczonych wyrzeźbił pomnik poświęcony poległym w wojnie polsko - ukraińskiej.



Historię Brusna i Grzegorza Kuźmińskiego możecie poznać np. na stronie
lhttp://www.roztocze.horyniec.net/Miejscowosci_na_Roztoczu/Stare_Brusno.html
https://pl.wikipedia.org/wiki/Grzegorz_Ku%C5%BAniewicz

Od przewodnika wiem, że zaproponowano mu, żeby został w Polsce, ale nie chciał, powiedział, że jest Ukraińcem i wyjedzie tak jak wszyscy.
Nie został też w Stanach Zjednoczonych, wrócił i umarł we wsi pod Lwowem w 1948 roku.

Piszę o tym dlatego, że zdarzyło mi się rozmawiać z pewną starszą panią o tym pomniku. Kiedy mnie o to zagadnęła postanowiłam poczytać więcej na ten temat. I następnym razem zaczęłam sama o niezwykłym rzeźbiarzu mówić. I od słowa do słowa, okazało się, pani wcale nie wiedziała, że Polacy docenili rzeźbiarza i chcieli, żeby został. Była pewna, że został wypędzony i że osiedlił się w Stanach.
No oczywiście, normalna rzecz, że się nie wie wielu rzeczy, ale nie chciała mi wierzyć. Raczej przekonywała, że coś źle zrozumiałam. Przecież opinia o Ukraińcach z tamtych czasów była jednoznaczna.
Zauważyłam, że tak bywa. Ludzie trzymają się swoich wyobrażeń, swoich poglądów i ani myślą dowiadywać się, czytać. Musieli by zmienić światopogląd i co wtedy? Ludzie zazwyczaj tego nie lubią.

Podobnie z wielkim uznaniem wyrażała się o Zamoyskim. A że nie wszystko było takie wspaniałe w jego wykonaniu, to już po prostu niemożliwe, hehe

    Dobiegł koniec mój pobyt na cudownym Roztoczu.
Jeszcze na zachętę do odwiedzenia tego regionu i dla wspomnienia miłych chwil popatrzmy w tamtą stronę.... a  ja się wzruszę, uch :-)

Pierwszy spacer po parku, którego wykonanie kosztowało 10 mln. złotych,
Wart jest tych pieniędzy !

 Widzicie robaczka ? :-)

 Kiciuś mi się zapodział przy okazji zwiedzania w sanatorium Bajka. Właściciele sanatorium przygarniają koty, a one są przeszczęśliwe bo się nie boją, przychodzą na wołanie i dają się głaskać
 To  już scena w parku, fontanny i restauracja z disco polo dwa razy w tygodniu jak ktoś lubi.
Poszłam i ja raz na taką potańcówkę, obiecałam sobie, że nie będę się izolować. Tańczyć to ja nie tańczę w ogóle, ale jak usłyszałam tą muzykę, to pomyślałam sobie, że syn by się chyba śmiał ze mnie do końca życia. Bo on nie wie, że kiedyś się świetnie bawiliśmy przy "jesteś szalona" hehe





Jest strumyczek z kaczuszkami.

Raz spadł taki deszcz, że w kilka minut byłyśmy przemoczone do suchej nitki. Rolnicy wniebowzięci :-) my trochę mniej :-P






Na drzewie naprzeciwko naszego okna, bawiły się dwie wiewiórki. Taki rudy punkcik na środku to jedna z nich. Na zielonym drzewie jeszcze mniej ją widać, a sprawiła nam i sąsiadom wiele radości od rana,  więc musiałam ją pokazać. :-)

Zakosztowałam też lokalnego piwa. Bardzo dobre. Polecam smakoszom zwłaszcza :-)

 Ostatni spacer przed wyjazdem. Jutro tutaj podjedzie bus do Warszawy.
I przyjechał. Nawet niebo nie było zbyt radosne.

A w domu kiciuś spokojnie rozwalił się w rynience do kwiatów, chociaż już ledwie się mieści :-)


Codziennie podziwiałam widoki nieba. Jest kilka niezwykłych. Pokażę przy okazji postu o Fundacji Chaphura Rinpocze.
A może przy innej okazji, ech, wiecie jak to jest, posty same się układają, czasem zaskakująco :-)


Udanego weekendu :-)))

wtorek, 26 czerwca 2018

Forty, tor saneczkowy, kościoły, cerkwie, przepyszne lody w Przemyślu

             To trzeba zobaczyć!!!

Jakoś nigdy do tej pory nie przyszło mi do głowy zwiedzić Przemyśl. Traktowałam to miasto jako punkt przelotowy w drodze na ulubione Bieszczady. Tymczasem okazuje się, jest to potężne, znaczące  miasto od wieków.
        Najpierw poparzyliśmy z góry, przewodnik poprowadził nas na fort Zniesienie, gdzie stoi cztero metrowa figura Chrystusa Miłosiernego oraz 22 metrowy stalowy krzyż.

      Jeśli się dotrze tutaj warto obejrzeć Twierdzę Przemyśl, trzecią co do wielkości w Europie.
A przy okazji poznać historię :-)

Z fortu Zniesienie rozlega się piękna panorama Przemyśla, a nieopodal jest całoroczny tor saneczkowy. Kto chciał mógł sobie zjechać jak na wesołym miasteczku.
Podeszliśmy bliżej i zobaczyliśmy uszczęśliwione dzieciaki sunące spokojnie w wagoniku. Na ten widok moja koleżanka nabrała ochoty i zaproponowała, żebyśmy sobie zjechały.
Usiadła z przodu, ja z tyłu, a z tyłu były drążki do hamowania i przyspieszania. Pozapinałyśmy pasy i ruszyłyśmy w radosnych nastrojach.

Na pierwszym zakręcie zobaczyłyśmy piękną panoramę Przemyśla.
 Dalej już nie widziałyśmy panoramy, nabierałyśmy  prędkości. Koleżanka się darła: hamuj, hamuj i widziała oczami strachu jak na zakręcie  wylatujemy z torów i wbijamy się w ogrodzenie.
Dla mnie, dla odmiany, to była świetna jazda i wcale nie zamierzałam hamować.
Po zejściu z toru, koleżanka trochę oszołomiona, ale szczęśliwa, powiedziała, że się pochwali synowi, że zjechała, który ma ją za tchórza w tych sprawach, hehe


Za tym ogrodzenie jest tor, który, okazał się wcale nie taki łagodny.
Po wejściu do autokaru, jakiś kuracjusz, ale nie znam człowieka, ucałował mnie po rękach i pogratulował zjazdu.
Może jednak dałam czadu, hehe Może dlatego, że często mi wiruje w głowie i nie robi to na mnie wrażenia.

Autokar zawiózł nas do Przemyśla na zwiedzanie.
Tam jest kościół obok kościoła! niesamowite !
Weszliśmy do cerkwi, która była już kościołem, ale nasz Jan Paweł II przekazał ją z powrotem kościołowi greckokatolickiemu


 Po prawej stronie odbija się w szybie, światło z otwartych drzwi za mną.
Nieźle się komponuje z ołtarzem, prawda? :-)

Odwiedziliśmy kilka kościołów, wszystkie niezwykłe i z historią, ale na mnie największe wrażenie zrobił Kościół Franciszkanów.













Na koniec wycieczki przewodnik zaprowadził nas do miejsca gdzie każdy odwiedzający Przemyśl chce przyjść, do lodziarni pełnej niezwykłych smaków i kompozycji. W Warszawie takich nie spotkałam :-)
Usiadłam sobie w kawiarni na te przysmaki, ale potem wstać nie mogłam, hehe. Dobrze, że do autokaru był kawałeczek.
Dotarłyśmy do Horyńca w nocy, zmęczeni okrutnie, ale też okrutnie uszczęśliwieni :-)