piątek, 31 lipca 2015

O czym to ja chciałam...? ;-)

     Wspomnienia mnie rozkleiły, łoj... ale już się pozbierałam :-D
Przypomniało mi się jak wielkie znaczenie ma obowiązek. Często słyszę, żeby nie robić czegoś na siłę. Oczywiście kogoś nie można do niczego nakłaniać. To na ogół przynosi to niezamierzony skutek. Im bardziej się kogoś przekonuje choćby do bardzo dobrej rzeczy tym bardziej można się spotkać z oporem. Osoba zamyka się w sobie, odrzuca pomoc, nie chce spróbować nawet, tłumacząc, że nie jest gotowa, nie umie, nie nadaje się, nie lubi.
Miałam tak wielokrotnie, jeszcze zależy kto zachęca ale najczęściej blokada była we mnie. Dopiero teraz kiedy sytuacja zdrowotna mnie zmusiła do nauczenia się wszystkiego od początku i musiałam popróbować wielu rzeczy przekonałam się, że warto się trochę zmusić.
Na zajęciach tai chi często zmieniamy trochę sposób wykonywania ćwiczenia. Nie raz kiedy już się zacznie gładko coś robić instruktor zarządza małą zmianę. Odzwyczaić się od tego co do tej pory to jedna trudność a nauczenie się nowego to kolejna sprawa. Tak jak w życiu. Mistrz Moy uczył ludzi zachodu, że nie ma nic trwałego i nie można się przyzwyczajać. Teraz to ogólnie znana prawda, ale 40 lat temu to nowość dla nowoczesnych ludzi rozwijających zdolności w zdobywaniu dóbr doczesnych.
I tak, często na początku jest trudno i niewygodnie. Nie zależy się jednak zrażać. Sama się przekonałam ile trzeba zrobić choćby na siłę, żeby odczuć bardzo korzystne zmiany.
Przypomina mi się warsztat z Carmen, kiedy mówiła o tym jak wykonywała ćwiczenie, które dopiero po trzech latach przyniosło rezultat. Ale za to jaki !!! I dlatego warto!!
Bardzo dużo zyskałam na samopoczuciu dzięki temu, że ćwiczę regularnie. Chodzę też na zajęcia intensywne i warsztaty bo wielki wysiłek od czasu do czasu przynosi wielkie korzyści. Najpierw nie chce się a potem człowiek jest bardzo szczęśliwy. Ćwiczenia i sposób wykonywania zalecany przez Mistrza Moy powodują, że jesteśmy dokrwieni, dotlenieni, odprężeni a co za tym idzie inaczej, weselej patrzymy na świat.
O właśnie, obiecałam sobie, że będę znów chodziła na zajęcia codziennie ale jakoś nie mogę się pozbierać, zmęczona jestem. Tak myślę, że te ćwiczenia, które obiecałam Kerstin i robię 30 razy dzień dnia, mnie wykończają. Ale jeszcze trochę poćwiczę i na pewno mnie to wzmocni i dam radę chodzić na zajęcia.
Wszystko zależy od tego co człowiek chce osiągnąć Jeżeli zaplanujemy sobie być bogaci to będziemy szukać na to sposobu hehehe. Nie koniecznie będzie to szło w parze z naszym zdrowiem fizycznym i psychicznym ale bogaci będziemy.
Niesamowite, ale to wiele tłumaczy, okazało się, że jestem Niebieskim Aniołem prawie Białym, przypomniałam sobie. Dlatego mam chęć pomagania np. teraz Stowarzyszeniu "Wspólnymi siłami" ;-) Robię właśnie swetry z resztek wełny, którą dostałam od znajomych. Przecież szkoda wyrzucić, a dzięki znajomej nauczyłam się ozdabiać rzeczy i nie będą to banalne rzeczy. Rehabilituję ręce i głowę. Jestem w tej robocie bardzo kreatywna, sprawia mi to ogromną frajdę.
Kotu też hehe
 
Aaaa, nie zawsze zdajemy sobie sprawę czego tak naprawdę chcemy i co przeszkadza nam to osiągnąć. Mój nauczyciel i słyszałam to od innych, mówią o blokadzie w nas samych uniemożliwiającą osiągnąć cel. Oczywiście zakładam, że cel mamy dobry, nie chcemy sobie polepszyć byt nie zważając na innych jedynie. Slogany typu: jak chcesz to możesz, nie oglądaj się na innych, rób swoje itp. doprowadzają mnie do szału ale coś w tym jest. Rzeczywiście, człowiek może bardzo dużo i powinien to robić z pożytkiem dla siebie i innych. Jest sposób, żeby to osiągnąć. Mój nauczyciel radzi i ja już to sprawdziłam wielokrotnie trzeba się wyciszyć, uspokoić, otworzyć serce i znajdą się rozwiązania naszych problemów, trudności, pragnień.
:-D
 
Niedawno była rocznica śmierci mojego dziadka, pojechałam na cmentarz zapalić światełko. Zlazłam się okropnie i nie znalazłam grobu. A przecież byłam tam wielokrotnie. Dziadek nie żyje 28 lat. ????
W duchu usłyszałam: przyjdź z matką.
Ona tak się zmieniła.
Przyjdę z Nią
 
Ciekawe, czemu nie spełniło się moje pragnienie posiadania kochającego męża.
No cóż, może jeszcze się spełni. Widocznie najpierw musiałam zmądrzeć. Nie zawsze wystarczy być tylko dobrym hehehe
A może moim jeszcze większym pragnieniem jest uszczęśliwiać innych ? ! hehehe
Ja wiem, to się niektórym w ogóle źle kojarzy, ale to dlatego, że mylą współczucie z poświęceniem.
Ja się nie poświęcam, mnie to sprawia po prostu ogromną radość.
Na pewno jest dużo takich osób co też tak mają. hehehe
 
 

wtorek, 28 lipca 2015

Psy, koty i ja

    Wychowałam się w domu z ogrodem. Psy i koty to nieodłączna kompania w takim miejscu. Przynajmniej kiedyś tak było. Pies pilnował domu, kot łapał myszy.
Moi rodzice dostali w prezencie ślubnym psa, owczarka niemieckiego czyli potocznie wilczura. Biegał sobie wesoło do czasu moich narodzin. Ponieważ to był groźny, duży pies coraz częściej był wyrzucany na dwór. Na początku pilnował zawzięcie mnie w wózku. Nikomu obcemu nie dał podejść, groźnie warczał i szczerzył kły. Kiedy podrosłam, towarzyszył mi na każdym kroku. Kiedy usłyszał moje piski czy śmiechy zabawne szczekał zaniepokojony. Ciocia się kiedyś do mnie nachyliła i połaskotała, pies ruszył do niej przeraźliwie szczekając. Nie można było ze mną poszaleć. Wszyscy się bali Muchtara.... tylko nie ja. Zaczepiałam go, dokuczałam, jak to dziecko i mimo strofowania przez rodzinę, nie przestawałam. Ponieważ widok zabawy coraz częściej mroził krew w żyłach, postanowili psa wyrzucić na dwór na łańcuch dla mojego bezpieczeństwa.
Pies mnie chyba znienawidził.
Któregoś dnia poszłam do psiunia z kwiatuszkiem, z mleczem, chciałam mu dać powąchać.
Chyba mu się zapach nie podobał bo rzucił się na mnie.
Nic nie pamiętam.
Wylądowałam w szpitalu, pozszywali mi rany na plecach, na rękach. Lekarze powiedzieli, że cud, że mnie nie zagryzł. (o , pierwszy raz wywinęłam się śmierci hehe)
Rany były tak głębokie, że jeszcze ślady miałam będąc koło trzydziestki.
Wróciłam ze szpitala ale już Muchtara nie zobaczyłam.
Każdy kolejny pies to już kundle i każdego moja babcia nazywała Azor, nie wiem skąd taki pomysł.
Mimo przeżyć, łapy wyciągałam, żeby pogłaskać każdego psa. Moja babcia straszyła: nie podchodź bo Cię pogryzie, ale mnie to nie przekonywało. Dobrze, że wtedy nie było rasy pit bul, bo w końcu by mnie pożarł taki  Normalnych psów się nie boję do dziś.
No może dużych psów to się nie pcham głaskać, chyba, że właściciel namawia hehehe
Moją miłością wielką zawsze były koty. Ciągle się z nimi bawiłam. Próbowałam np. wozić w wózku zamiast lalki. Głaskałam, przytulałam, tarmosiłam w związku z czym byłam wiecznie podrapana, pogryziona. Ale koniec końców katy też mnie lubiły, przychodziły na głaskanie. A raz kotka mi się okociła w łóżku. To oznaka ogromnego zaufania do mnie. Kiedy się obudziłam, zobaczyłam te małe szkrabiki byłam przerażona. Zebrałam te maluchy w koszule nocną i usiadłam pod kaloryferem, żeby dziadek nie zobaczył, bo On kotów nie lubił. Doczekałam aż się ktoś z rodziny obudził. Od tamtej pory, mówili na mnie: kocia mama :-D.
Potem przeprowadziłam się do bloku. Tam moja sympatia do zwierząt ograniczyła się do akwarium z rybkami. Moi rodzice też stali się pasjonatami rybek więc w krótkim czasie mieliśmy 11 akwariów , największe 120 litrów a w nim wielkie 2 skalary złociste. Nie widuję tego gatunku teraz.
Dodam, że mieszkaliśmy w kawalerce, 24 m2 wszystkiego. Kiedy urodziła się moja siostra, lekcje odrabiałam w łazience. Nierzadko w ogóle nie odrabiałam.
Jako dorosła osoba przygarnęłam pieska. Wracając z Kościoła w zimę zobaczyłam przy drodze zwiniętego w kłębek, trzęsącego się szczeniaczka. Parę razy przychodziłam zobaczyć, czy może ktoś weźmie malucha, ale niestety. To w końcu wzięłam ja.
Zabrałam go do domu. Mieliśmy już większe mieszkanie, ja nawet swój pokój. Piesek był brzydki, czarny, do niczego nie podobny, ale nie miałam sumienia go oddać i przygarnęłam. Urwanie z nim było. Nikt w domu nie chciał się zajmować, a matka w ogóle nie lubiła zwierząt za wyjątkiem rybek więc wszędzie malucha ze sobą brałam. Po jakimś czasie okazało się, że z małej pokraki wyrasta duży pies, podobny do dobermana. Ponieważ nie wiedzieliśmy co to za rasa kiedy był mały, nie przycięliśmy uszu i ogona. Wyrosły mu ogromne radary, najpierw klapnięte, a potem postawiły się. Urósł długi ogon, którego pies nie miał w zwyczaju podkulać więc ciągle ktoś nadeptywał. Zrobił się przepiękny pies a w dodatku nie banalny a do tego suka, nazwaliśmy ją Binka. Nie wiem skąd ta nazwa.
Ludzie na ulicy zaczepiali, nawet chcieli kupić. 
A na dokładkę z potulnego szczeniaka zrobił się pies z charakterem. Jak ktoś zaczepiający się nie spodobał, warczała ostro i wystawiała ogromne kły. Budziła respekt.
Z zabawnych historii, to pamiętam, jak po raz kolejny odwiedzając rodzinę, martwiliśmy się gdzie tu umieścić psa. Tam już mieszkał pies pudel i strasznie naszej Binki nie lubił więc ją obszczekiwał. Binka się bała i uciekała. Aż którego razu pudel znów na nią wyskoczył, a tu Binka jak nie ryknie i wyszczerzy kły. Pudelek szybciutko schował się pod łóżkiem. hehehe
Binka stanęła dumna, wyprostowana, ale szczęśliwa co było widać po oczach . Zaczęły się rządy pięknego, mądrego dobermana.
Niestety moja babcia wylądowała w szpitalu. Jeździłam do niej codziennie.
I któregoś dnia wracam, a tu psa nie ma.
Mojej matce nie chciało się wyjść z psem i samą ja wypuściła na dwór.
Pies nie wrócił.
Szukaliśmy kilka dni, bezskutecznie.
Mam tylko nadzieję, że w dobre ręce trafiła.


Od kiedy mieszkam u siebie, zawsze mam koty. Nawet trzy na raz mi się trafiły. Kiedy już miałam swoją rodzinę, postanowiliśmy wziąć kota.
Powiedziałam o tym babci to się zmartwiła. To co pyta, w bloku myszy macie? hehehe Nie, nie, mówię, kota do głaskania i na zdrowie. A, jak na zdrowie to czarnego kota babcia kazała wziąć. Zamówiliśmy. Kotka się okociłą i kot do wzięcia był bury, ale z długim włosem. No śliczny. To wzięliśmy. Za jakieś dwa lata, dzwoni ciotka, że jest czarny kot. Na pewno czarny i kotka, jak chciałam. Miał biały kołnierz i na nosie białą plamkę, ale ogólnie czarny i ciotka na takie drobiazgi nie zwróciła uwagi, też coś. Po jakimś czasie okazało się, że to kot nie kotka i w dodatku groźny, agresywny, rzucał się na kićkę, choć wykastrowany. Dostał ksywkę: Bandyta hehe.
Trzy lata temu byliśmy na wakacjach u rodziny na wsi i kotka się okociła. Gospodarze pytali wszystkich kto chce kota, a te co zostaną do Wisły pójdą. Wszyscy wzięli, wzięliśmy i my.
Kiciusia nazwaliśmy Farciara. Tak zupełnie beztrosko jaj nie było, Bandyta na nią polował. Bała się po podłodze chodzić. Ale już sobie biega, hasa i szaleje. Jest naszą wielką radochą.
 I kocha nas, to widać po szczęśliwej minie :-D 


 
Za młodu miałam też myszki i szczura. Nie wiem skąd takie pomysły. Muszy jak myszy nic takiego ale szczur wzbudził moje uznanie. Co za pomysłowość, co za spryt, co za inteligencja. Nazywaliśmy go Książe. Miał taką dumę, umiał postawić na swoim hehe.
Zginął niespodziewanie w paszczy wielkiego psa, uj
 
 

czwartek, 23 lipca 2015

Love story ;-)

      Niedawno zadzwonił do mnie mąż w jakiejś sprawie i przy okazji zapytał jak się mam, jak się czuję?  Opowiedziałam trochę co mi się przytrafiło i nieopatrznie, z rozpędu spytałam co u Niego? Pierwszy raz od półtora roku zadałam to pytanie. Mąż zdradził swoje plany. W jednej sekundzie przypomniało mi się dlaczego nigdy o Niego nie pytałam. Bałam się, że usłyszę coś co mnie zrani. No i właśnie dowiedziałam się, że planuje coś co mi było kiedyś bardzo potrzebne ale słyszałam tylko poglądy o zbyteczności tej rzeczy. Przykro mi się zrobiło ale i tak byłam z siebie dumna, że krew mnie nie zalała.
Jednak długo wierciło w środku. Przypomniały mi się bardzo nieprzyjemne historie, które się wydarzyły po moim wypadku. Min. mój mąż poszedł z koleżanką z pracy robić kurs na prawo jazdy na motor. Może to z rozpaczy, jakoś się ratował a może miał nadzieję, że nie przeżyję i sobie z koleżanką na motorze pojeździ.
I tak sobie uświadomiłam jak niewiele dla tej osoby znaczę.
Nagle mnie olśniło. Jak ten człowiek się starał dla mnie przez tyle lat. Zaopiekował się moją siostrą, dzieckiem z problemami, pomógł mojej matce spłacić dług, dawał kasę dla mojego ojca, chorego i biednego. Jest bardzo kochany dla dzieci. Docenia, że też ciężko pracowałam i daje mi pieniądze, żebym miała na leczenie, na jedzenie.
Przede wszystkim ożenił się ze mną i przez długi czas to była dla mnie piękna bajka. Jak się okazuje, On naprawdę miał dobre intencje. Tylko nasze charaktery bardzo się różniły i nie wiem skąd pomysł, żeby razem być.
A, już wiem, był dla mnie wybawicielem, ucieczką ze strasznego domu.
Pewnie też ożenił się ze mną bo byłam w ciąży.
Ale to tym bardziej chwała mu za to, że przez długi czas całkiem fajnie mi się żyło. Pewnie w porównani z tym co miałam ;-) ale też dobrze.
Tak czy siak to w sumie fascynujące, że nie raz sprawił, że byłam ogromnie szczęśliwa.
       Teraz tak sobie myślę, że super, że mnie na to stać, żeby dać mu wolność i w dodatku źle nie życzyć. Nie raz słyszałam, że chcę uszczęśliwiać ludzi na siłę. No i w końcu uszczęśliwię mojego męża, bo tak sobie kiedyś postanowiłam ;-)
       Dziś już jestem w świetnym nastroju ale od wtorku rozpacz mnie ogarniała. Jak zwykle w ciężkich chwilach, sięgnęłam po webcasty Tenzina. I ostatnio właśnie dostałam od męża " Czerpanie wzmacniających duszę sił z międzyludzkich relacji". Wysłuchałam raz, drugi, trzeci aż w końcu zaczęłam rozumieć co On mówi. Otworzyło się moje serce, otworzył się mój umysł. Myślę, że wiele osób tak ma, że nie od razu rozumieją, trzeba tylko na to zwrócić uwagę bo jak się zauważy to już początek zrozumienia Nie raz kiedy coś mnie gnębiło, zaczęłam mówić mantrę i świat robił się piękniejszy, urocze były chmury, słoneczko, deszcz, ludzie na ulicy, naprawdę ogromna zmiana.
       I po którymś odsłuchaniu, zrozumiałam co Tenzin radzi. Współczucie do tej osoby uleczy zranioną duszę, wzmocni nas. No tak, ale mam współczuć, że ten człowiek dopiero beze mnie będzie szczęśliwy, że nie będzie musiał się tak starać, żebym nie dokuczała mu z zazdrości? Przecież teraz to będzie radosny człowiek, w końcu może robić co mu się zachce.
Od myślenia o Nim, zeszłam na myślenie o sobie. Co ja zyskuję. Przecież smuty mijają i coraz częściej jestem uśmiechnięta, wesoła, no po prostu szczęśliwa. A na dokładkę przez ten wypadek i przez kolejne bolesne doświadczenia zyskałam mądrość, spokój.
       Dzięki mężowi poznałam Tenzina. Jeśli taką cenę trzeba było zapłacić, żeby mieć takiego nauczyciela, żeby odkryć sens mojego życia to warto było to wszystko przeżyć.
       A właśnie, kiedy wyszłam ze śpiączki, nie byłam zadowolona, że przeżyłam, ale tak sobie pomyślałam, że widocznie mam jeszcze coś do zrobienia.
I już przygotowuję ze znajomymi, którzy obiecali pomoc, transport do Ośrodka "Wspólnymi siłami"
Od kolegi dostałam namiary gdzie i jak można starać się o dofinansowanie dla "samotnych mam " i się tym zajmę po wakacjach. Może coś mi się uda. Na pewno mi się uda, koleżanka mówi, że mam w sobie coś, że się chce pomagać hehehe. I w ogóle ludzie mnie lubią. Dziś byłam na Ogrodowej w administracji to zajrzałam na zajęcia Tai Chi. Na mój widok podniósł się taki radosny rwetes. Aż nie przypuszczałam, że tyle osób się ucieszy z mojego powodu.
      Wracając do współczucia. Jednak odkryłam czego mogę współczuć. Mój mąż ma dużą wiedzę, ale nie wszystko rozumie. Stąd o tym wiem, bo gdyby rozumiał to nie zrobiłby wielu rzeczy mnie krzywdzących choćby ze współczucia.
      I tak jak obiecał Tenzin, od razu zrobiłam się szczęśliwa, spokojna, to może nie bo kipię radością od wczoraj, ale jednak spokojniejsza o swój los.
      Mój mąż stara się być dobrym człowiekiem i w końcu będzie. Przecież intencja jest najważniejsza.
      Może jeszcze nie raz szlag mnie trafi,  ale mam naukę Tenzina więc odrodzę się ponownie, silniejsza, mądrzejsza z pożytkiem dla siebie i innych.
      Jeszcze będzie tak, że będę trzymała kciuki za nową koleżankę męża hehehe.
      "Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia" - Tenzin namawia, żeby być świadomym, co się dzieje z nami, w jakich jesteśmy relacjach np. ze sobą, do spojrzenia na sprawę z różnych stron, to naprawdę czyni cuda.
      Dzięki temu wczoraj zamknęłam drzwi za tamtym życiem. Będą się czasem przypominać różne historie, w końcu sklerozy jeszcze nie mam, ale będą to już tylko wspomnienia.
         Oczywiście nie będę udawać, że nie znam tego pana, ale myślę, że może będziemy budować nową relację
      Już się nawet przekonałam, że jako mąż i żona to kiepski układ ale jako uczeń i nauczyciel może być nieźle. Przy czym, tym razem, to ja będę nauczycielem.

      Eeee nie, Jemu to się kategorycznie nie spodoba
hehehehehe
         

poniedziałek, 20 lipca 2015

A może się uda przekonać... ;-)

   Miałam wspaniały dzień. Odwiedziła mnie Marcia niespodziewanie bo wczoraj dopiero wróciła z wakacji. Poszłam na tai chi do Łazienek i korzystając z okazji na pyszne lody i kawę Macchiato, rewelacja. Na lody wybrałam się z dwiema kumpelkami. Znałyśmy się wcześniej oczywiście ale dziś pogadałyśmy bardziej od serca. Jedna koleżanka została instruktorem i niepokoiła się jak jej to będzie wychodzić, jak to robić. Ponieważ ćwiczymy już jakiś czas, mamy pewne doświadczenia, poglądy, zaczęłyśmy się wymieniać spostrzeżeniami, refleksjami. Okazało się, że każdemu pomocne były różne nauki, porady i każdemu przypasował inny instruktor. Wywnioskowałyśmy, że sposób w jaki poprowadzi koleżanka będzie dobry. Podstawowe zasady są niezmienne, a instruktor w grupie początkującej ma być serdeczny i zachęcić do ćwiczenia Taoistycznego Tai Chi. Dzięki temu ja zostałam instruktorem, jestem bardzo przekonywująca w pokazywaniu i mówieniu o dobrodziejstwach Taoistycznego Tai Chi :-D I właśnie o tym, czy mówić czy nie mówić o swoich odkryciach dzięki Taoistycznemu Tai Chi rozprawiałyśmy wartko. Jedni mają pogląd, że nie należy zbyt wiele o tym mówić, każdy musi odkryć zalety sam i dla każdego będzie cenne co innego. Jasna sprawa. Ja natomiast jestem za tym, żeby opowiadać o tym co mi pomogło.
Przekonał mnie do tego pewien instruktor. Zachęcał, żebym o tym mówiła, bo to cenne, wartościowe jest. Przeżyłam tak wiele i wyszłam z ciężkiej opresji min. dzięki tai chi i to doświadczenie bardzo przekonuje. Od słowa do słowa, moja koleżanka opowiedziała jak bardzo się zmieniła od kiedy ćwiczy. Ja Ją znam jako bardzo wyrozumiałego, życzliwego człowieka. Pracuje w miejscu do którego przychodzą interesanci z pretensjami, ze strasznymi problemami, w atmosferze nerwowej od rana. A Ona bardzo ciepła, spokojna i pomocna ile się da, pozwala się wyładować klientowi bo rozumie powód i spkojnie czeka, aż złość mu minie. (niesamowite) Przekłada się to na ogólny stosunek do ludzi. Ona każdego usprawiedliwi i zrozumie. (Podobno kiedyś też taka byłam hehehe) Super charakter. Okazuje się, że było z Nią zupełnie odwrotnie. Córki już nie mogły znieść zachowania mamy i kazały chodzić na tai chi i pilnowały, żeby nie przestała. Najpierw się buntowała, chciała zrezygnować ale w końcu zaczęła odczuwać ulgę. I ja myślę, że o takich historiach trzeba mówić. Życzę Jej serdecznie, żeby instruktorem została, zwłaszcza, że jej mąż zapracowany mocno, obiecał, że zacznie chodzić na zajęcia ale tylko do Niej. Jako instruktor przyda się nie tylko ze względu na męża, który powinien ćwiczyć, żeby się nie wyeksploatować szybko i żeby długo się mogła cieszyć jego dobrocią ale i innym. Może zarazi ludzi optymizmem, tolerancją, wyrozumiałością. Mnie już trochę zaraziła hehehe. Tzn do tych co lubię to ja bardzo miła zawsze ale dla tych co nie, to......
     Oczywiście nie można nikogo uszczęśliwić na siłę, zmusić, żeby robił to czy tamto. Zresztą nie ma złotego środka jednego dla wszystkich. Co człowiek to inna bajka, każdy musi sam dla siebie znaleźć receptę na życie, ale mówienie o tym co komu pomogło, moim zdaniem jest bardzo cenne. Wiedza nabyta z książek to jedna sprawa, ale zastosowanie tego i pokazywanie światu co się udało, to druga rzecz, a połączenie wiedzy i doświadczenia to genialne wręcz. Tą mądrość trzeba rozgłaszać. Dlatego np. Tenzin przyjeżdża do Wilgi, żeby uczyć, dlatego na cały świat udziela nauk przez internet. Nie  wystarczy raz powiedzieć i już. Nie raz słyszałam, kiedy pytają ludzie, On żartobliwie odpowiada: już to mówiłem ale powtórzę jeszcze raz. Ludzie pojmują różnie i w różnym czasie więc trzeba być cierpliwym, wyrozumiałym i swoją postawą pokazywać do czego dążymy i że jest to możliwe. Małymi kroczkami zmierzamy do celu, do szczęścia. Tym bardziej nie żal wysiłku, żeby opowiadać co się nam udało osiągnąć, pokazywać, może akurat w danej chwili do kogoś to trafi.
      Bardzo cenną rzeczą jest robienie zasadniczych rzeczy. hehehe Np. co dziennie gimnastykuję się, piję sok własnoręcznie robiony, czytam, robię na drutach, a przede wszystkim wyciszam się, medytuję, Ale, nie raz mi się zdarzyło zrobienie czegoś na siłę. Po przeczytaniu książki "Rozwinąć skrzydła" uświadomiłam sobie, że wiele spraw dzieje, się nie dla tego, że mamy pecha albo farta, tylko działa zasada przyczyny i skutku. Naprawdę wiele spraw udało mi się bo taki był skutek moich działań. Oczywiście nie zawsze wiemy co trzeba zrobić, żeby coś osiągnąć, albo wręcz nie od nas zależy wynik, np. w urzędach ;-) i czasem trzeba liczyć na szczęście. To chyba po to, żeby nam nie było nudno.  
     Nie mniej jednak często mam wpływ na to co się wydarzy. Ja np. postanowiłam być szczęśliwa i robię to co mi to gwarantuje. Ponieważ wyszłam z głębokiego doła to opowiadam każdemu kto znalazł się w podobnym dołku, z czego zrobiłam drabinę, żeby się wydostać. Oczywiście
nikogo nie można zmusić do użycia takiego sposobu i nie jest on dobry dla wszystkich, ale coś tam może komuś przypadnie do gustu i akurat natchnie do fajnych zmian.
      Tak mi się przypomniało, jak to nigdy nie wiadomo co się w życiu przyda.
Mamy z synem jeden komputer, więc często się zdarza, że mnie popędza z pisaniem, żeby móc usiąść do swoich rzeczy. Wkurzało mnie to, więc zaczęłam stawiać warunki: najpierw przeczyta mojego posta, czy w miarę czytelnie, z sensem napisałam a potem dostanie komputer. Syn oburzony, że to szantaż. Ja na to, że nie szantaż tylko taka jest cena za pożyczenie sprzętu hehehe. Kiedy zaczął czytać, rzadko bo rzadko to się zdarzało, to dzięki temu zaczął mnie poznawać, rozumieć wiele moich działań. Przestałam być upierdliwą matką, która wiecznie coś chce i 20 zł. żałuje. Zrobił się naprawdę lepszy dla mnie. Oczywiście pewnie duże znaczenie ma Jego dobry charakter i rodzinka, która go trochę temperuje ale wiele rzeczy poznał. Kiedy robiłam zakupy dla Stowarzyszenia " wspólnymi siłami", akurat transport był przygotowany, zażartowałam sobie, że pieniądze, które przeznaczyłabym na prezent urodzinowy dla Niego, On wyda na jedzenie i tp dla samotnych mam z dziećmi. Taaa, pokiwał tylko głową. Zbieramy rzeczy i On oburzony mówi: może już wystarczy. Pytam: biednym dzieciom żałujesz? Bez słowa pakował dalej. Przestał mi też dogadywać, że do ośrodka daję a potem sama nie mam i Jemu żałuję (na piwko, hehehe).
    Skwitował to tylko stwierdzeniem: to za tyle kasy byś mi prezent kupiła ??? hehehe
     Myślę, że koniec końców, nie żałuje, że Go przymusiłam do tego parę razy. Nie często udało mi się Go namówić. Zachęcałam nawet, żeby przeczytał kiedy coś o Nim miło napisałam, ale nie przeczytał. Dopytuje się czasem złośliwie, czy piszę jak Mu dokuczam?
     Ne dokuczam, upominam się tylko o swoje, uświadamiam pewne rzeczy, min że jego potrzeby nie są ważniejsze od moich, Jego zdanie i pogląd na coś nie jest lepszy od mojego tylko inny. Dzięki temu jesteśmy dla siebie coraz lepsi.
      Czy sprawdziła się teoria przyczyny i skutku, czy mamy ferata? Na pewno potwierdziło się, że warto się czasem zmusić :-) 

piątek, 17 lipca 2015

Otwarte serce

   Podobno jest teraz światowy kryzys nie tylko ekonomiczny, ekologiczny ale i duchowy.  Rozprzestrzeniła się choroba nazwana samonienawiścią. Ludzie myślą o sobie źle. Myślałam, że tylko ja tak mam, a tu okazuje się, że zachorować może każdy. Żeby przezwyciężyć tą chorobę, zmieniamy podejście do swoich niedoskonałości. Nie można mówić, że nie umiem, że nie wiem, że brzydki jestem, słaby, kiepski, głupi. To są subiektywne odczucia, inni mogą uważać inaczej więc nie można od tego uzależniać poglądu na świat, na siebie, na to co nas spotyka. Tybetańczycy np. mimo tragedii jakich doświadczyli są pogodni bo wiedzą, bo wierzą w to, że wszystko przemija, że chmury zasłoniły ich niebo ale rozejdą się w końcu i wyjdzie słońce.
    Otwarte serce pozwala nie ulegać rozpaczy, odnaleźć sens i cel życia w kochaniu siebie.
Nigdy tego nie rozumiałam. Co to za dyrdymały? ;-(. Nie wiedzie mi się bo za mało kocham siebie? bzdura.
Teraz jestem na etapie podsumowań i rzetelnej, w miarę, oceny co mi się przytrafiło.
Okazuje się, że wiele rzeczy mi się udało, że wiele miałam szczęścia tylko nie zwracałam na to uwagi bo zacięłam się na jednym. Zamknęłam serce dla dobroci dla miłości. Taka karma hehehe
Ale dzięki temu co przeżyłam wiem, zrozumiałam, rozwinęłam się duchowo.
    Dobroć dla siebie spowoduje, że jesteśmy dobrzy dla innych.
    Medytacja to ścieżka, żeby zrozumieć siebie i zrozumieć innych, odkryć wielką moc współczucia.
    Ale moja znajoma odmieniła się  przez chorobę. Oczywiście, to znana opinia, że choroba zmienia człowieka, ale dopiero teraz zdałam sobie sprawę co takiego konkretnie się dzieje. Wykład Lamy z Tybetu zainspirował mnie do ponownego rozmyślania, dla czego miłość do siebie, powoduje, że jesteśmy wrażliwsi, współczujący dla innych. I dla czego samonienawiść wyniszcza nas samych ale i ludzi.
    Znajoma postrzegana była jako osoba silna, odważna, wszystkowiedząca ale też łagodna dla swoich niedoskonałości. Wydawałoby się, że bardzo pozytywna osoba. Nie uznawała tylko rozczulania się zbytniego, pomagała gdzie mogła pomóc, z racji swojej pracy ale nie rozklejała się nad czyimiś problemami. No cóż życie nie jest doskonałe, twardym trzeba być. Niby świetna postawa życiowa ale prowadziło to do tego, że dla najbliższych była oschła, konkretna i robiła co jej było potrzeba. Trzeba samemu się o siebie troszczyć, mówiła. Nawet kiedyś się zdziwiła, że uważam, że jest bez serca hehehe
    No i zachorowała na raka. Powolutku, powolutku z osoby twardej, o postawie: co to nie ja, nikt nic nie da, trzeba samemu sobie wywalczyć,( to, że nie była pazerna zbyt uważała jeszcze za zaletę wielką) zrobiła się malutka. Nieśmiało mówiła o tym jak się boi, zaczęła się powolutku żegnać ze światem i zadbała, żeby coś tam po niej zostało, materialne rzeczy, ale okazało się, że jednak przez to chce być DOBRZE wspominana, a to już nie jest takie przyziemne. Z osoby konkretnej, ujawniła się nieśmiała troska o to co tam dalej może być. Ale chyba najbardziej zmiękła dzięki temu, że rodzina się trochę zatroszczyła. Oczywiście w miarę możliwości, oni też znaleźli się w nowej sytuacji i nie wiedzieli co robić z tą osobą, ale dzięki temu, że dostała wsparcie, współczucie, troskę sama się nad sobą rozczuliła.
    Niechcący zrozumiała, że okazywanie miłości, serdeczności, troski to nie jest bezsensowna słabość.
    Sprawdza się mądrość: kiedy się pokocha siebie, to pokocha się świat, ludzi i nie robi się innym krzywdy chyba, że z głupoty. Oczywiście głupota nie jest usprawiedliwieniem, dostanie się to na co się zapracowało ale jest szansa nazbierać dobrej karmy. Człowiek powinien się kierować współczuciem i moja znajoma otworzyła serce i pomaga dzieciom biedniejszym i zajmuje się nimi w wakacje w ramach wolontariatu. I jest bardzo szczęśliwa widząc radosne miny dzieciaczków.
    Może ci co robią podłe rzeczy nie kochają siebie? Sądząc po mojej znajomej mogą być mocno ukryte takie fakty. Dlatego świadomość to taka cenna rzecz, spowoduje, że otworzy się nasze serce, umysł, zrobi się przestrzeń.
Niby wszystko jest potrzebne, to co się przydarza to wynik tego na co sobie zapracowaliśmy, tego co musimy przeżyć, żeby zmądrzeć, tego, że nie jesteśmy jedyni, nasze życie jest silnie powiązane z innymi. O właśnie, kiedy strasznie tęskniłam, zazdrosna byłam, że mój mąż będzie dla innej lepszy niż dla mnie, postanowiłam, że chcę być szczęśliwa i dlatego życzę też szczęścia jemu. I od razu mi się zrobiło lepiej na duszy hehehe
     Jak nic, serce mam otwarte a to zwiastun wielkiego szczęścia.

    Czytając po raz kolejny książkę Tenzina natknęłam się na
cyt. " Odkrycie przestrzeni, rozwijanie przestrzeni, oznacza odkrycie mądrości"

Przypomniało mi się przysłowie babci" kogo Pan Bóg chce pokarać temu rozum odbiera"

Super, że mi już rozum wrócił hehehe

środa, 15 lipca 2015

Otwarty umysł...

   "Otwarty umysł i otwarte serce" poszłam na taki wykład do Muzeum Azji i Pacyfiku. Bardzo mnie interesuje ten temat. Szczerze mówiąc, głównie dlatego, że jest to tajemnicza sprawa. Słucham o tym bo chciałabym zrozumieć w czym rzecz.
  Np. Lama mówił, że odbieranie rzeczywistości uzależnione jest od tego co sobie myślimy, jak zostaliśmy wychowani. Rządzą nami emocje, nawyki, ustalone odgórnie zasady i z tego mamy się wyzwolić. Oczywiście w jakimś stopniu to zrozumiałe, rozwijamy się, dążymy do doskonałości więc ze złych rzeczy chcemy zrezygnować. Złe emocje zamieniam na dobre emocje, nawyki absolutnie są do wyeliminowania, bo tylko przynoszą udrękę po dłuższym czasie ale pewne zasady są konieczne chyba. Skąd wiedzieć co jest dobre, a co złe, czy nie krzywdzimy kogoś, czy dbamy o najbliższych. A może to w ogóle niepotrzebne. Poczucie krzywdy, zaniedbanie to może jest tylko dlatego, że ktoś to tak odbiera. A może w ogóle takie sprawy są zbyteczne. Jak będziemy bez czułości, serdeczności żyli to na pewno unikniemy przywiązania hehehe.
Ale tak sobie przypomniałam o moim ulubionym nauczycielu Tenzinie. On ma żonę i syna. Sam kiedyś powiedział, że stara się być dobrym ojcem i mężem. Często widzę zdjęcia z rodziną, czasem też zabiera ich w świat, gdzie uczy, więc dba o nich, troszczy się, chce być z nimi, to widocznie ma to jakąś wartość. Zasady, które powodują, że ktoś jest przyjacielem, mężem, ojcem chyba są potrzebne.
 
Otwarcie umysłu to wyzbycie się narzuconych, wyuczonych poglądów.
U psychologa dopiero się dowiedziałam, uzmysłowiłam sobie jak dużo tego mam. Zrozumiałam jak wychowanie wpłynęło na moje dorosłe życie. Jak wiele głupich zachowań  rodziców odbiło się na moim reagowaniu w przyszłości. Eeee, już nie chce mi się do tego wracać ale nie raz słyszałam, że nauczyłam się tego czy tamtego bo na to patrzyłam, bo się przyzwyczaiłam i myślałam, że inaczej się nie da. Dzięki temu, że to wiem i zrozumiałam to mogę powiedzieć, że mam otwarty umysł.
Na otwarcie serca, Lama polecił medytację, zagłębienie się w siebie, odnalezienie spokoju, a to spowoduje, że serce się otworzy i będziemy współczujący, nie będziemy krzywdzili innych.
No to ja mam otwarte serce też. Pomagam ludziom, a każdym razie uśmiecham się często, co podobno przynosi radochę ludziom hehehe
 
Po wykładzie wracając ze znajomym, mówię o moich wątpliwościach. On mi na to jakiś banał powiedział, zasłyszaną opinię więc wkurzyłam się. Nie raz już słyszałam książkowe mądrości. Wiedza to jedno a zrozumienie to drugie. Oczywiście, ktoś mógłby powiedzieć, że to ja nie rozumiem jego opinii, jego poglądu ale jak mogę wierzyć komuś kto mówi piękne, mądre słowa, poucza mnie a co rusz rzuca kurwami jak się zdenerwuje???
 
Aż tak otwartego umysłu to ja nie mam, mogę tylko współczuć.
Też nie źle.
Ale nie radzę udzielać mi rad.
 
Aha, pokłóciliśmy się, usłyszałam, że cieszył się na ten wykład, ale ja mu zepsułam humor bo nic nie zrozumiałam.
Przeprosiłam go.
To chyba dowód, że jednak zrozumiałam
hehehehe
 
 

Motywacja

    Kupiłam sobie sukienkę w ciucholandzie. Weszłam tam przez przypadek, akurat przechodziłam była dostawa to weszłam zobaczyć co jest ciekawego, bo tyle ludzi tam było. Wybrałam  spódnicę do doszycia w spodnie.
Moja koleżanka robi takie cuda, ze spodni, które się przetarły szyje spódnicę. Trzeba to zobaczyć. Stojąc do kasy sięgnęłam do bardziej eleganckich rzeczy, z nudów, żeby czas szybciej minął i mnie trzasnęło. Zobaczyłam ją i postanowiłam kupić. Chciałam dać w prezencie córce. Zapłaciłam za nią 27,26.
W domu patrzę to M. Kiedyś mój rozmiar, a moja Marcia malutka, XS. To spróbowałam ją założyć.
I udało się, bo materiał śliski i elastyczny, więc nie było nawet wielkich trudności. Pokazałam sukienkę synowi. Usłyszałam: ładna i w twoim stylu. No to już klamka zapadła, będzie moja :-D
W kolorze jasnego złota z perełkami
iiiiiii
Brzuszek mi trochę odstaje, uda fatalne, grube ale teraz to już nie zmiłuj, już ja zrobię tam rzeźbę. Ćwiczę, jem warzywa i owoce głownie. W poniedziałek zrobiłam 30 donju tak jak Cerstin obiecałam, 40 brzuszków jak obiecałam synowi, 30 ćwiczeń, które obiecałam mojemu rehabilitantowi. Oczywiście to wszystko rozłożone na 3 razy na cały dzień. Wczoraj już powiększyłam ilość brzuszków do 120. A co tam, muszę wyglądać pięknie w tej kiecce, to już obiecałam sobie hehehe
Dziś mój osobisty trener (syn) zarządził przerwę i od jutra znowu. Nic już nie zwiększam tylko pilnuję diety. Od rana shake z mleka i owoców, potem sok, ale też trochę zjadłam żeberek z ziemniaczkami, bo strasznie lubię i nie zamierzam sobie odmawiać wszystkiego. No z ciastek zrezygnuję całkiem, bo słodki tłuszcz to niezdrowe w ogóle.
Nie wiem, czy schudnę dzięki tym zabiegom, ale na pewno będę zdrowsza  i na pewno będę lepiej chodzić. Więc tak czy owak dobrze, że się zmobilizowałam :-D
 
 
 


sobota, 11 lipca 2015

warsztat cz.3

    Poprawki od instruktorów uświadomiły mi, że potrzeba być otwartym, nie bać się zmian, wysiłku, chwilowych niedogodności. W moim przypadku jest to początek do wspaniałego, cennego życia, do mądrości, do uświadomienia ile dobrego można zrobić dla siebie i dla innych. Dzięki temu, że zmuszona zostałam (trochę) do zrobienia rzeczy, które wydały się niemożliwe, przekroczenia barier przekonałam się jak dużo mogę. I wiem, że jak udało się raz to zrobię to kolejny i kolejny raz. Rzeczywiście potwierdza się teza, że często bariera jest w głowie. Niektórzy mówią o tym z ironią. Bagatelizują trudność, zwłaszcza jak sami nie doświadczyli zbyt mocno takiego problemu. Super, gdy ktoś sobie dobrze radzi ale nie trzeba sobie żartować. Jak to mówi przysłowie: raz na wozie raz pod wozem. Los się może odmienić się w każdej chwili. I może trochę potrwać zanim się uporamy, nie musi być tak hop siup :-). Nie mniej jednak czasem trzeba się wysilić, żeby odkryć pożyteczne rzeczy w okuł nas. Na warsztacie przekroczyłam granice swojej niemocy.
  Przypomniało mi to, że swego czasu instruktor się uparł na mnie, żebym przenosiła cały ciężar ciała. Ja na to, że nie mogę bardziej, tracę równowagę, boję się, że się wywalę, nie będę ryzykować złamania ręki czy potłuczenia. Widocznie jeszcze nie czas i już. Ale w środku coś świdrowało i próbowałam po troszku.
Po jakimś czasie udało się raz. Potem znowu. I od tamtej pory coraz częściej. A teraz mogę z wielką wdzięcznością powiedzieć, że to była świetna rada, zastosowanie tej poprawki dało dużo pożytku.
Jakie to wyczucie musi mieć instruktor, żeby wiedzieć kiedy pogłaskać a kiedy ostrzej wyegzekwować, nakłonić do zmian. Generalnie ja lubię głaskanie, po dobroci więcej udaje mi się osiągnąć ale jak się przekonałam teraz bunt i odwaga powodują osiągnąć sukces. Może to oznaka, że robię się zdrowym człowiekiem też na umyśle. ;-)
Jest dużo rzeczy, które pomagają mi w zmaganiu z codziennością. Dziś myślę o tym jak dużo satysfakcji, cennej wiedzy w pokonywaniu słabości, kalectwa, bólu daje mi Szierab Cziamma, Tenzin Wangyal Rinpoche, Tai Chi Mistrza Moy, Ajahn Brahm.
Kiedy teraz o tym myślę to uważam, że wysoką cenę za tą mądrość zapłaciłam. Ale mówią, że im cena wyższa, tym cenniejszą rzecz zdobywamy.
Nie przepłaciłam w każdym razie hehehe
Przypomniało mi się: dawno temu kolega zabrał mnie do Wilgi na wycieczkę. Spacerując natknęliśmy się na ośrodek buddyjski. Kolega chciał tam coś zjeść, bo jest wegetarianinem, ale nie udało się, było tam pusto. Kto by przypuszczał, że w tym miejscu wydarzą się sytuacje, które odmienią moje życie, zmienią mnie diametralnie i to o dziwo na lepsze.
 Dziś do Wilgi przyjeżdża uczyć Tenzin
Ja nie jeżdżę do Wilgi już ale wykłady są dostępne w internecie.
Zaczęłam się ratować dzięki https://www.youtube.com/watch?v=5DhhwCBYN48
i często wracam do tego, bo to jak z Tai Chi jak się nie ćwiczy to ulatują umiejętności i wiedza.
Przekształcanie bólu w ścieżkę jest o tym min jak wykorzystać to co złego się przytrafi. Trzeba być otwartym na to co przynosi los. Pasuje mi tu bardzo nauka Carmen: najważniejsza jest intencja.
To co się wydarza trzeba przeżyć ale mieć intencję, żeby być spokojnym, cichym czyli szczęśliwym. I w końcu się to osiągnie.
W ostatnich czasach doświadczyłam strasznych rzeczy. Widocznie trzeba było, musiało potężnie zaboleć, musiałam sięgnąć dna, żebym zdecydowała się na diametralną zmianę. Gdyby było za lekko to bym się miotała samotna, nieszczęśliwa w oczekiwaniu, że może coś się zmieni.  Teraz tyłek boli ale w sercu lżej. Kiedyś było odwrotnie. Rozpacz, żal ukrywałam w duchu, starałam się nie myśleć bo po rozdrapywać rany, podmiatałam pod dywan, przysłowiowo. A przez to wyłaziły te uczucia co i rusz. Dopiero Tenzin nauczył, że drogą wyzwolenia jest zaopiekowanie się bólem, smutkiem. Kiedy zdaję sobie świadomie sprawę co czuję i dlaczego to rozpuszcza się to.
Teraz bolą wspomnienia
i tyłek
Ale moją intencją jest być szczęśliwą. Na razie z prozaicznych powodów, że ptaszki śpiewają, coś się udało zrobić itp. a potem w tym wszystkim odnajdę spokój, ciszę.
Przeżyję co mam przeżyć, przetrawię smutki i dojdę do szczęścia nie w tym to w przyszłym wcieleniu, nie na tym to na tamtym świecie. Widząc po szybkości postępów nie będę musiała długo czekać hehe

Warsztat cz.2

  Największą moc, znaczenie Mistrz Moy zawarł w dwóch ćwiczeniach podstawowych. Rozwijanie zdolności prawidłowego ich wykonywania jest głównym celem instruktorów. Umiejętność ta przynosi ogromne korzyści zdrowotne. I temu też przede wszystkim poświęcił czas na warsztacie Tony. Po kolejnych ćwiczeniach spytał jakie problemy, trudności mamy z wykonywaniem ćwiczeń? Zgłaszali się ludzie i pytali. Każdemu Tony doradzał ale nie kazał pokazywać, od razu próbować więc odważyłam się i ja spytać. Akurat rozbolały mnie plecy, kręgosłup piersiowy, po raz pierwszy, pomyślałam, że coś źle robię i chciałam się poradzić. Myślałam, że powie by poprawić to czy tamto a instruktor z mojej grupy pomoże gdybym nie zrozumiała i już. A tu, Tony poprosił, żebym podeszła w przerwie i pokazała jak robię. Nogi się pode mną ugięły. Wstydziłam się. Wydawało mi się, że ogólnie robię słabo i mam to jeszcze pokazać 250 osobom. brrr. Kolega, widząc moje przerażenie, uspokajał, że pójdę pokażę i już, tylko, żeby się nie spinać. Łatwo powiedzieć, wiadomo, że stres pojawia się mimo woli, a im bardziej chce się być wyluzowanym, zależy nam na tym, trudniej to osiągnąć. Dodał jeszcze, że to normalny człowiek przecież.
 No tak, normalny ale niezwykły człowiek. Zrobiło to na mnie wrażenie jak ćwiczy, jak się porusza. Człowiek przeszło 70 lat sprawny jak młody, tylko twarz zdradza, że trochę starszy. Pamiętam też opowieści o Nim. Mimo swoich lat ćwiczy 4 godziny dziennie. A w młodości Mistrz Moy poprosił Go, żeby został instruktorem kiedy przejdzie na emeryturę. Z zawodu Tony jest kucharzem, prowadził restaurację i ćwiczył pracując. Do tej pory jest wzorem do naśladowania w wykorzystywaniu codziennych prac do zdrowotnego ćwiczenia. Sama praca fizyczna jest ćwiczeniem tylko na ogół absolutnie niezdrowym.  często zwyrodnienia, ból, stres. Praca psychiczna też przysparza czasem takich dolegliwości i dlatego trzeba ćwiczyć Tai Chi Pana Moy.
    Stanięcie przed taką osobą onieśmielało mnie. Ale cóż, słowo się rzekło. Dookoła ludzie mi zazdrościli, że sam Tony udzieli mi porad. Ale jak wspominałam, żeby ktoś tam z dolegliwościami się zwrócił do Niego, to jakoś nikt nie chciał. Tak to jest z dobrymi radami. Najlepiej wiemy co komu poradzić i jeszcze się nadziwić, że nie chce skorzystać ale samemu tak zrobić to nie i jeszcze dużo usprawiedliwień się znajdzie na obronę swojej postawy, pozostawania w dyskomforcie a nawet w cierpieniu. No i zaczęłam ćwiczyć. Słowa koleżanki, tłumaczki, żeby się uspokoić, podziałały łagodząco. Poszło. Tony obchodził mnie dookoła. Zaczął poprawić ustawienie stóp, wydłużyłam krok. Potem poprawiał ręce, nie bardzo rozumiałam o co chodzi i prawie na siłę mi je otworzył znacznie. Ale załapałam wreszcie, otworzyłam klatkę piersiową, poczułam różnicę między tym co było a co jest. Poćwiczyłam i ból minął. Ponieważ z pleców ból minął, przypomniałam sobie bo znów poczułam ból w biodrach. Na to Tony zaradził wyciągnięcie do przodu. Mam wyciągnąć ręce i kręgosłup (dla wtajemniczonych to jest toju) ile tylko mogę, a jak poczuję, że koniec, wracać. Tłumaczka stanęła na przeciwko mnie i zachęca do wyciągania. Kiedy chciałam już wracać, Ona pokazuje nadal: choć, choć. Straciłam równowagę parę razy, Tony mnie podtrzymywał. Myślałam, że już koniec a tu wyciągam się jeszcze. Tony kazał pamiętać o ustawieniu stóp i wyciąganiu się jak najdalej codziennie i zapewnił, że ból minie.
     Padłam ze zmęczenia ale szczęśliwa. Potem pomyślałam, że niemożliwe to, skąd mi wiedzieć, czy to koniec czy mogę dalej. Tu instruktorzy sami zadeklarowali ocenę sytuacji. Podobno z czasem nabiera się takiej umiejętności, widzi się czy ktoś przeniósł ciężar cały na daną nogę, czy otworzyła się klatka, czy ktoś jest spięty, zaciska, napina mięśnie itp. Nie mogę się doczekać kiedy będę to potrafiła. Myślałam, że na studiach taka wiedzę się zdobywa.
    A tymczasem można to poznać na drodze doświadczeń. Na tej zasadzie oparł uczenie innych Mistrz Moy. Zdobywając doświadczenie, ucząc się siebie można pomóc przede wszystkim sobie a w efekcie pomagać innym. O wartości jaką jest świadomość, uczy też Tenzin. Ja mam już pewne doświadczenie, świadomość wielu rzeczy i może to się komuś jeszcze przyda.
Przypomniało mi się właśnie, jak powiedział do nowych osób w mojej grupie, kolega żegnając się przed wakacjami: że mają szczęście, że o mnie trafili.
Wzruszające, sympatia sympatią, ale nie musiał tego mówić, widocznie tak czuje. Moje doświadczenie bardzo przekonuje do ćwiczenia i lubienia Taoistycznego Tai Chi i bycia szczęśliwym w miarę możliwości, a na pewno na zajęciach :-D
Wszyscy co dłużej ćwiczą u mnie, chórem przytaknęli.
O jeszcze raz się wzruszyłam.
Od kiedy przetkał mi się kanał od łez w jednym oku co i rusz mam tam wilgotno...
hehehe

piątek, 10 lipca 2015

Warsztat cz.1

  Pozbierałam się już po pięciodniowym warsztacie Taoistycznego Tai Chi w Krakowie. Wczoraj spałam dużo taka mnie słabość ogarnęła. Tak większość ludzi reaguje po 5 dniach ciężkiej pracy, a ćwiczenia od 10 rano do 10 wieczorem można do takich zaliczyć mimo przerw i odpoczywania częstego. Upał był wielki więc dodatkowo byliśmy wymęczeni porządnie.
    Po wypadku to był mój już 3 warsztat. Cenię sobie bardzo takie wydarzenia bo zmuszają do wysiłku, którego efektem jest przełamanie pewnych barier. Poruszenie części ciała, które na ogół są nie używane a więc zastałe, sztywne co powoduje z czasem ograniczenia w ruchu, zwyrodnień i niedołężności.
    Dla mnie, dużo ćwiczeń było jedyną szansą powrotu do normalnego funkcjonowania. Ponieważ miałam poważne kłopoty z koordynacją, równowagą, stabilnością wykonywanie jakichkolwiek ćwiczeń było dla mnie wyzwaniem. Dodatkowo wszystko mnie bolało. Najsilniej do dziś, utrzymuje się ból w lewej części ciała i w kręgosłupie lędźwiowym. Ortopeda wspominał nawet o operacji bo to już tyle czasu niezmiennie boli. Na szczęście nie opuszcza mnie nadzieja, życzliwość i wsparcie ludzi co nie pozwala się poddać. W największej mierze jednak odnoszone sukcesy, postępy napędzają moje koło życia. A jest to możliwe dzięki temu, że co jakiś czas wysilam się ponad miarę co powoduje, że robię krok milowy do przodu. W Taoistycznym Tai Chi znalazłam ukojenie dla swojej duszy i dla ciała. Dzięki powolnemu obracaniu kręgosłupa i rozciąganiu zaczęłam być coraz bardziej samodzielna. Tak praca powoduje dotlenienie, ukrwienie komórek więc ogólnie lepsze samopoczucie a nawet szczęście :-D
     Z wielką radością pojechałam na warsztat, który prowadził ziomal Pana Moy czyli rodowity Chińczyk, spodziewając się kolejnych postępów w wychodzeniu z kalectwa. No i się nie pomyliłam.
hehehe. Dodatkowo ucieszyłam się kiedy zobaczyłam, że pomaga w warsztacie Niemka, instruktorka, która opiekowała się mną w zeszłym roku. Pamiętała mnie i Ona też się bardzo ucieszyła na mój widok. Ogólnie ćwiczenia dla wszystkich są takie same, ale jeśli są jakieś trudności to instruktor pomaga je dopasować indywidualnie. I tak np. zwiększa krok, zmniejsza kąt między stopami itp. Niesamowite jest to, że różnica 2-3 cm. może mieć aż tak ogromne znaczenie. Dlatego bardzo cenne są uwagi doświadczonego instruktora.
      Już pierwszego dnia, zgłosiłam, że coś kłuje w kolanie. Tony podszedł z kijkiem, popatrzył jak ćwiczę i postukał w kolano. Nie zrozumiałam o co chodzi, podciągnęłam nogawkę i dalej nic nie widzę. Kazał porządnie wyprostować nogę. W ogóle nie zwróciłam uwagi na to, nie czułam, że jest luźna, myślałam, że noga jest prosta jak trzeba, a okazało się, że musi być bardziej wyprostowana. Taka drobna rzecz, a zmieniła diametralnie moją postawę a co za tym idzie komfort.
     Od tego momentu, instruktorka z Niemiec zaczęła się mną zajmować. Kolejne ćwiczenie podstawowe robiliśmy wszyscy a ja dostałam lepszą wersję od Cerstin. Kiedy stanęłam przy barierce, żeby się nie przewrócić, ucieszyłam się, że to łatwiej będzie, tymczasem nie było łatwiej, to było coś strasznego. Zrobiłam dwa razy i łza mi pociekła ogromna po poliku. Nie płaczę już od 4 lat, mam zablokowane kanaliki, badanie robiłam a tu nagle leci łza. Taki to był wysiłek. Emocje pewnie też. Powiedziałam, że nie mogę tego robić, że to dla mnie za trudne, za ciężkie. I tu usłyszałam, że Ona to wie, że rozumie jakie to trudne, ale nie ma innego wyjścia, muszę to robić bo to mnie usprawni, to mnie wyzwoli od bólu. Cerstin powiedziała, że mnie pamięta z zeszłego roku, że zrobiłam ogromny postęp i że wie, że dam radę. Kazała sobie obiecać, że powoli będę zwiększać ilość powtórzeń aż do 30 dziennie. ????!!!!! Chyba w amoku jakimś to przyrzekłam. Ja zrobiłam dwa.
      Wieczorem tego dnia zrobiłam 5. Poprosiłam o zdjęcie, żeby mieć dowód na to. Nadal trudno mi w to uwierzyć. Ja to zrobiłam, niesamowite. Naprawdę jeszcze zatańczę na weselu u moich dzieci.


 
Na drugi dzień ruszyć się nie mogłam, miałam straszne zakwasy w udach. To najlepszy dowód, że nogi się wzmocnią i nabiorą ładnych kształtów przy okazji. Co dla mnie jako kobiety jest to dodatkowa wartość i motywacja do ćwiczeń. hehehe
Syn dał jeszcze 2 dni na odpoczynek i będzie pilnował, żebym słowa dotrzymała. Żebym była zdrowsza, ładniejsza czyli szczęśliwsza. Instruktorzy zaoferowali swoją pomoc i wsparcie, żebym tylko przychodziła na zajęcia. Będę przychodziła, cenię Tai Chi Mistrza Moy, wierzę w efekt i już kiedyś postanowiłam, że będę szczęśliwa a to jest moja droga.....
 Ćwiczenie kolejne zalecił już sam Tony ale to już następnym razem. W ogóle mam tyle wrażeń z Krakowa, że muszę o tym napisać
 

środa, 1 lipca 2015

Miki

    Postanowiłam obdarować parę osób jajołkami w Krakowie. Chciałam zdążyć zrobić trzy sztuki przed wyjazdem na warsztat. I udało się. Moim zdaniem są fajne :-D
Przy tej okazji wpadłam w trans i zrobiłam jeszcze dwa inne dla znajomych, którym kiedyś obiecałam
Robiąc te rzeczy, przypomniałam sobie o małej Misi, córeczce mojej siostry, której już nie widuję bo wyjechali na Sardynię.
Był czas, że mieszkała w Polsce rodzinka mojej siostry z wyjątkiem męża, który dostał pracę w Holandii. Siostra uwijała się przy dwójce maluchów z trzecim w ciąży. Ciężko jej było fizycznie a w dodatku doskwierała tęsknota. Przejawiało się to brakiem cierpliwości i tolerancji dla dzieciaków, a przede wszystkim dla dziewczynki, bo starsza i powinna być grzeczna itp. A przecież mała Misia też bardzo tęskniła i do dzieci z przedszkola na Sardynii i do taty. Smutna była, płakała, marudziła i nie chciała chodzić do zerówki, czuła się samotna. Ponieważ trochę mieszkałam z nimi, zajmowałam się dzieciaczkami ile mogłam.  Na stole zrobiłam miejsce do rysowania, rano wychodziłam na spacer ze Stasiem, a potem z Miki przyjeżdżałyśmy do mnie pogłaskać kotka, porozmawiać z babcią, pobawić się z Mateuszem, poodwiedzać znajomych. Dużo spacerowałyśmy i gadałyśmy. Nauczyłam Miki cieszyć się tym co się udało, co było przyjemne. Tłumaczyłam, że fajnie będzie przede wszystkim wtedy kiedy Ona sama zrobi coś fajnego. Poczucie zadowolenia uzależniłam od Niej. Ale to mądre hehehe. Ale Misia załapała. Coraz częściej była uśmiechnięta. Szybko okazało się, że ze szkoły dużo umie, tylko nie pokazywała jaka jest bystra. Moja córka, którą poprosiliśmy, żeby pomogła w nauce, zauważyła, że Miki jest zdolna, super rysuje, w ogóle mądre dziecko. Miki robiła się szczęśliwym dzieckiem.
Któregoś dnia na spacerze, Misia nagle zgadała:
 to był fajny dzień?
Ja na to, że tak, ja byłam dobra dla Niej, a Ona była dobra dla mnie, przecież.  
Misia, że to nie był fajny dzień
eeee ?????
To był dobry dzień
uuuuu, moja kochana Misia, dla Tych słów z ust małej dziewczynki, warto było tyle trudu ponieść.
hehehe zwłaszcza, że tyle spacerów dobrze się na moim zdrowiu odbiło. Tylko to ubieranie to męka. Zima była i musiałam tyle ciuchów założyć, buty.... bleee  
Przypomniałam sobie o tym robiąc aniołki w prezencie. Uświadomiłam sobie, że chcę radochę komuś zrobić, bo będzie i mi weselej. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że moje dłubaninki nie muszą się wszystkim podobać, ale na pewno prezencik mały od serca sprawi przyjemność i na pewno cieplej się zrobi na sercu.
W każdym razie ja tak mam i dobrze, że to odkryłam.
A właśnie a"propos świadomości, miałam ostatnio super odkrycie. Koleżanka, która czyta mojego bloga, powiedziała, że Ona nie będzie się zagłębiać co z czego i dlaczego wynika. Powiedziałam, że może jest szczęśliwa i nie ma co się rozwodzić nad tym. Ona na to, że nie zawsze. No to już nic poradzić nie mogę. Nie to nie. Ale jednak coś tam zawierciło w środku. Wczoraj wpadam wykończyć jajołki ( Ona mi pomaga dokleić oczka, oski itp.) i słyszę, że przemyślała sprawę i doszła do wniosku, jest zdecydowana i powzięła decyzję, że jest SZCZĘŚLIWA.
Hehehe, ja tu widzę wyraźnie, potęgę nauki Trnzina. Świadomość to jest klucz do szczęścia. Zdanie sobie sprawy z tego co smuci to jedno, ale uświadomienie sobie, że jest dobrze, to drugie i nie ma co szukać dziury w całym. Nie ma życia idealnego, ale coś tam jest wspaniałe. Tu bardzo pasuje, nauka dla Miki. Okazuje się, że sama się muszę tego nauczyć.
 
Widzę i słyszę, że czytacie o mich przeżyciach. Nie będę ukrywać, że tego nie wiem i że to dla mnie bez znaczenia. Zaczęłam pisać namówiona przez koleżankę, która mnie zna od niedawna. Zgadałyśmy się dzięki Tai Chi. Jej lekarz zalecił takie ćwiczenia i akurat ja mogłam te ten temat dużo dobrego powiedzieć. Zaczęła chodzić na ćwiczenia i tam się nasłuchała jak zbawczo to na mnie podziałało. Jestem stawiana za wzór, żywa reklama Taoistycznego Tai Chi. Koleżanka zaproponowała, żeby pisała o tym, żeby się ludzie dowiedzieli, nie poddawali się w ciężkiej sytuacji.
Nie wiedziałam jak to pójdzie ale spróbowałam.
Okazało się, że to był genialny pomysł. Pisanie bloga to jest dla mnie również terapeutyczna sprawa.
Pisząc o czymś, co przeżyłam, co czuję, wspominając coś, jestem zmuszona sprecyzować, określić dokładnie, uporządkować myśli, emocje. Okazało się to zbawcze. To podstawa, tak uczy Tenzin, do tego namawiała delikatnie moja psycholog. Hehehe niesamowite jest to, że wsparcie mam bardzo podobne od psychologa, który jest przedstawicielem świata teraźniejszego i Tenzina, który uczy BON, wiedzy nie z tej ziemi.
Wracając do pisania bloga, nie raz słyszę, że jestem otwarta, szczera aż do bólu i ..... że się nie wstydzę. hehehe no tak, nie wstydzę się. To pewnie dlatego, że długo leżałam bez sił ale już przytomna i widziałam jak zmieniają mi pampersa. To jest wstyd, a ja musiałam się z tym pogodzić a nawet byłam wdzięczna, że nie leżę w sikach długo.
Słyszałam też, że lubicie mnie czytać. Super. Nie wiedziałam, że mam zdolności do pisania ciekawego i mądrego. Jak już wspomniałam, piszę przede wszystkim co mi tam w duszy
gra i dlatego może być to cenne dla mnie i dla innych ale ponieważ wypływa to serca nie zawsze musi być mądre hehehe.
Ale spełnia najważniejszą rolę : namawia do szczerości wobec siebie i uczy jakie to pożyteczne.