niedziela, 20 sierpnia 2017

30 powodów, żeby ćwiczyć :-)

      Pogoda się popsuła. Dzisiaj pada i zimno się zrobiło. Siedzę w domu, więc sobie patrzę co ciekawego się nazbierało. Odnalazły się zdjęcia całkiem zapomnianych miejsc, zdarzeń i zrobiły bardzo miłą niespodziankę. Nazbierało się, też, sporo "złotych" myśli i chętnie się podzielę tą wiedzą. Może się komuś przyda.
Nawet jeśli się nie przyda, dobrze wiedzieć :-)
        Pomimo zimnej wiosny, która narobiła masę szkody w przyrodzie, zakwitły nam pojedyncze piękne okazy.






 Pierwsza malinka :-)
 Upiekliśmy sobie ziemniaki.
 Tydzień temu nacieszyliśmy oczy kwiatuszkami.
 Pod koniec wczorajszego dnia rozpogadzało się. Mieliśmy nadzieję, że niedziela będzie ładna.



Niestety, leje.

Teraz tak już będzie często. Lekarstwem na brzydką aurę, oprócz ulubionych zajęć jest ćwiczenie.
Ja polecam tai chi, ale każdy ma swoje preferencje. Ważne, aby tego nie
zaniedbywać. Bo to wiele korzyści przynosi ;-)

środa, 16 sierpnia 2017

Wiewióreczka

           Spędziłam wolny dzień z dala od zgiełku miasta i ludzi.
 Na co dzień bardzo go lubię, zwłaszcza, że mam  teraz okazję spędzać czas z najukochańszymi dziećmi, więc na początku czułam się nieswojo. Zaatakowała mnie lawina najróżniejszych myśli. Pierwsze myśli, na szczęście, były bardzo miłe, głównie wesołe wspomnienia zdarzeń z dziećmi w roli głównej. Następnie zaczęłam  rozpamiętywać problemy. Dywagować, czy trzeba było zrobić tak, czy może inaczej i co z tego wyniknie?. A na końcu, mrożące krew w żyłach,wspomnienie chwil spędzonych z osobami, nieprzychylnymi, zapatrzonymi w siebie i tłumaczącymi, że tak trzeba, że tak jest najlepiej, wmawiając przy tym, że są najmądrzejsi i najlepsi, ludzie sukcesu po prostu. 
Czyli zrobiło się przykro, hehe, ale właśnie dzięki temu, przypomniałam sobie o najcenniejszej umiejętności, jaką zdobyłam. 
Wreszcie, postanowiłam nie myśleć o niczym. 
Oczywiście, w natłoku przeżyć, jest to bardzo trudne, ale pamiętając ile pożytku przynosi uwolnienie się od myśli, próbowałam wielokrotnie. W końcu udało się wyciszyć umysł, otworzyć, zrobić przestrzeń.
Przestrzeń w której pojawiają się rozwiązania problemów, genialne pomysły, spokój....
Ja tak mam :-)
I tak leżąc sobie na słonku, usłyszałam podejrzane trzaski. Patrzę, a nieopodal pomyka ... wiewióreczka. Pierwszy raz, w tym miejscu, a przyjeżdżam tu od kilkunastu lat, biegła przez środek trawnika. 

Oczywiście, nie omieszkałam, ją uwiecznić na zdjęciu :-)






I pobiegła do sąsiadów.
Skoro już otworzyłam oczy popatrzyłam jaki świat jest piękny. Niedaleko usiadła ważka, której skrzydełka błyszczały w słońcu :-)


 Światło :-)

 Wiecie co to kwitnie i tak upiększa świat? ;-)
Tym razem genialne rozwiązania się nie pojawiły. Widocznie zrobiłam już wszystko co na razie można było.
Spokój przyszedł, ale nie jest jakiś radosny, błogi.
To może to nie jest spokój, tylko nadzieja, która nie zawsze jest dobra.
 Mam nadzieję, czasem, że spełnią się moje plamy, a przecież nie wiadomo, czy to czego chcę tu i teraz jest, tak naprawdę, najlepsze dla mnie?

A, zebrało mi się na filozofowanie..., uch.
Trzeba iść na tai chi, wszystko się samo ułoży. To jest dobra nadzieją, hehe

Czego wszystkim serdecznie życzę!

sobota, 12 sierpnia 2017

Miejcie nadzieję .... śpiewa Jacek Wójcicki

    Już się ochłodziło.
    Nadciągają burze.

Mój ulubiony wieżowiec odbija światło słoneczne z południa i wygląda przepięknie w srebrze :-)


Z tych chmur lunął rzęsisty deszcz. Nie było widać drzew za ścianą deszczu.


Korzystając ze zmiany pogody, ugościłam dzieci w domu. Oczywiście największą atrakcją był kot.
Najwyraźniej dla kota wielką atrakcją były dzieci. Wcale nie uciekał. Nadstawiał się do głaskania. Wygląda na to, że był w siódmym niebie.

Co prawda po paru godzinach padł na szafce lekko zdechły ;-)

Dzień był bardzo udany dla wszystkich. Zajęte kotem dzieci nie wołały co chwila: mamo i dały wreszcie porozmawiać :-)

Wieczorem miałam chwilę na zastanowieniem się, co się wydarzyło.

Poczyniłam postępy w realizacji planów. Co prawda, nie spełniły się moje oczekiwania, ale sprawy się nieco wyjaśniły.
Obiecałam, że się zapytam o ważną dla mnie informację. Biłam się z myślami, bo samo pytanie, mogło mi zaszkodzić, zwrócić uwagę innych, na niekorzystny aspekt tej sytuacji.
Kiedy jechałam, pocieszałam się w duchu, że przecież mam szczęście, że cuda mi się zdarzają, więc może i tym razem spełni się moja potrzeba.
Nieoczekiwanie zaświtała mi myśl: czy to będzie cud jak się to spełni? Czy tylko wygoda, bo to najprostsze rozwiązanie ?
Czy cudem będzie jeśli nie dostanę zgody na zrobienie czegoś tam, będę musiałam spróbować się wysilić, a to dopiero przyniesie mi wielką korzyść ?

Pomysłów 100 tyś na minutę, żeby dostrzec pozytywy w każdej sytuacji.
Nie mniej jednak w żołądku coś ściskało.
W końcu się zapytałam o interesującą mnie rzecz. Odpowiedź była taka, jakiej się spodziewałam. Czyli: nie.
I przyznam szczerze, kamień spadł mi z serca.

Okazało się, że paraliżował mnie strach. Zapytać, może nie pytać, przecież wiem czego się spodziewać, to po co, jeszcze sobie tym zaszkodzę?
.Kiedy się przełamałam wreszcie i zapytałam, odetchnęłam z ulgą. To był ten mój wielki sukces, hehe

 Na ogół, znalezieniem rozwiązania z problematycznej sytuacji, czy osiągnięcie jakiegoś celu, traktuję trochę jak zabawę, jak przygodę. Nie musi być łatwo pokonywać kolejne etapy. Ale jest ogromna szansa, że dzięki takiemu podejściu, uda się dopiąć celu.
Parę razy udało mi się. Tzn. ja nie mam jakiś ambitnych planów, ale jak na moje możliwości nie są wcale takie byle jakie.

Tym razem to była prawdziwa walka. Nie lubię tego, już wiem dlaczego.
 Dla mnie walka to jest pokonanie strachu.
Powiedzenie "strach ma wielkie oczy" jest dość żartobliwe. Oddaje najważniejszą cechę tego stanu. Ale ten stan, wcale nie jest śmieszny dzięki temu, jak dla mnie.
Stoczyłam masę takich walk. Wygranych walk.
Pewnie dlatego, że moje osiągnięcia w tej dziedzinie nigdy nie były doceniane, ba, nawet zauważane, to dla mnie też nie były sukcesem, tylko katorgą, nieistotnym wysiłkiem.

Po wypadku zrobiłam rzeczy, godne podziwu.
Tak naprawdę nie wiem jak to się stało, ale zrobiłam? !

Pokonać strach to był cud, hehe
W dodatku okazało się, że zupełnie w innej dziedzinie niż się spodziewałam

Wielu podobnych odkryć wszystkim życzę :-)))

Bardzo podnosi na duchu, piękna piosenka Jacka Wójcickiego "Miejcie nadzieję" https://www.youtube.com/watch?v=3tOZvDO1iSk


ps. Ojej, chyba naprawdę zostanę wojownikiem, a może od zawsze jestem, tylko wreszcie będzie mnie to cieszyć. Bo przecież, jest się z czego cieszyć, że się nie jest tchórzem, prawda ;-)



sobota, 5 sierpnia 2017

Są sukcesy :-)

   Mistrzostwa Świata w Lekkoatletyce w Londynie się skończyły dla niektórych dyscyplin. Uch
Okropnie się denerwowałam bo kibicowałam poznanemu Piotrowi Małachowskiemu. Zajął piąte miejsce. Bałam się, że będzie gorzej, bo infekcje Go męczyły cały ten rok. Ale wiadomo, marzył się medal i mocno trzymałam kciuki, żeby tak się stało.
Po zawodach był krótki wywiad z panem Piotrem. To dopiero mnie ucieszyło. Zobaczyłam znowu dobrego, ciepłego, odważnego człowieka. Powiedział, że zabrakło w nim walki i za to jest zły na siebie. Nie, nie dlatego, ze nie zdobył medalu.  Spróbuje za rok w Berlinie.
Te słowa postawiły mnie na baczność. Miałam dylemat co zrobić z taką jedną sprawą i już wiem.
Zrobię wszystko co mogę, zawalczę, a może się uda. Jeśli nie, to trudno, ale nie odpuszczę.

Kurcze, robię się wojownikiem na stare lata, hehe

Dla pana Piotra Małachowskiego niebo, najpiękniejsze jakie widziałam od roku :-D
 Złote!!




W tym tygodniu, oprócz radosnych chwil spędzonych z dziećmi, wydarzyło się jeszcze kilka miłych sytuacji.
Najwspanialsza rzecz to zapowiedź dość istotnej zmiany.
Nie, nie, nie chodzi o faceta, hehe, już nie czuję się nieszczęśliwa z samotności jak kiedyś. Dobre zmiany są związane z samodzielnością po prostu.

A zaczęło się od urodzin .... Wspaniale było spędzić na powietrzu, w słońcu, wśród bliskich, niedzielę.

 Odwiedził  nas czarny kot i dał mi się pogłaskać :-)


Śmialiśmy się radośnie. 
To był wspaniały dzień :-)


Od jakiegoś czasu mam jednego kota, więc zaproponowałam sąsiadce, że przygarnę kota, którego ona wzięła z ulicy. Ktoś, na jej oczach, wyrzucił  go z samochodu. A ona ma już dwa duże psy, więc kiepskie warunki.
Przyniosła go, żeby się  koty poznały. O dziwo, obwąchały się od razu przyjaźnie, więc nie ma przeszkód. A już zupełnie się zdecydowałam, kiedy zobaczyłam, że jest cały czarny.
Zawsze chciałam mieć czarnego kota. A każdy miał biały dodatek.
Wreszcie będę miała czarnego kota, hehe

Uradowała mnie nieziemsko wizyta u pani dietetyk. Wszystkie parametry jeszcze lepsze. I już polubiłam jedzenie proste, warzywa na parze, soki zwłaszcza z warzyw zielonych. Mnie bardzo przekonuje wiedza, jaki pożytek, przynosi np. picie takiego soku. Od razu zaczęło mi to bardzo smakować.
Podobnie jest z ćwiczeniem. Np jest ćwiczenie nazywane płukaniem szpiku kostnego. Kiedy usłyszałam jakie to cenne dla dłoni od razu  przestało mnie męczyć wykonywanie tego ruchu.
Świadomość takich rzeczy od razu ułatwia życie. Już nie ma trudności, jest wielka radość z zapobiegania chorobom ile się tylko da.
A najlepsze: pani dietetyk spojrzała, ile tłuszczu zgubiłam od pierwszej wizyty u niej.
6 kilogramów tłuszczu !!
I to nie jest kwestia jakiś wielkich wyrzeczeń i suplementów diety.
Może też nie jest to jakiś ogromny ubytek.
Ale ja nie byłam otyła. Zaczęłam przybierać na wadze, brak intensywnego ruchu, musiałam coś z tym zrobić.
Terapeuta namawiał. Nie mogłam tego zlekceważyć, skoro chciałam chodzić o własnych siłach, nie mieć cukrzycy, nadciśnienia, czy zatoru.
I jestem już na dobrej drodze, teraz muszę nabrać nawyku właściwego odżywiania


Wczoraj wychodząc od dzieci, obaj chłopcy odpowiedzieli mi:   cieść :-) (nie ciao jak zawsze) Ucałowali mnie. Kiedy już byłam przy drzwiach, wybiegł, jeszcze raz, najmłodszy, i dał mi buzi.
Moja siostra, powiedziała, ze to mu się bardzo rzadko  zdarza, musiałam mu bardzo przypaść do gustu.
Może dlatego, że robię im dużo zdjęć, czyli okazuję zainteresowanie.
 Każdy to lubi i potrzebuje. A zwłaszcza dzieci.

Tego też wszystkim serdecznie życzę :-D

środa, 2 sierpnia 2017

Wakacje w Warszawie

   Wreszcie doczekaliśmy się upałów. w każdym razie ja się bardzo cieszę. Najwyraźniej cieszą się też motylki, które stadami przylatują na działkę, gdzie obficie kwitną kwiatki o bardzo smacznym nektarze.



 Bardzo uradowane są dzieci, bo taka pogoda jest świetna do życia dla nich. Każdy szaleje na swoim sprzęcie sportowym. Miki uczy się na jeździć na desce, najmłodszy żwawo przebiera nóżkami na swoim rowerku.


 A Stasio szaleje na prawdziwym rowerze. Na początku nieśmiało jeździł, ale wytrwale czyli długo. A po dwóch dniach już tak się rozkręcił, że wzrokiem trudno było nadążyć za nim. Bardzo przypomina mojego syna, hehe, wielki temperament i nieustraszony. W pewnym momencie, patrząc za chłopcem, obie z siostrą w tym samym momencie powiedziałyśmy: a pamiętasz jak Mateusz.......
Mateusz też już małego chciał na trening boksu zabrać.
Przypadli sobie do gustu, hehe
Swój do swego po swoje!

Dziś się chmurzy, to może trzeba będzie w domu zostać. Na szczęście lubią malować więc zabawa będzie bardzo dobra. Wakacje w Polsce będą miło wspominać, coś czuję.
 I już do domu mnie nie chcą puszczać, hehe.