piątek, 18 marca 2016

Niebo

   "Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią" Ewangelia św.Mateusza. Papież Franciszek ogłosił 2016 Rokiem Miłosierdzia Bożego.

     A mnie ostatnio przytrafiło się mnóstwo dyskusji na temat "kochać siebie"
Nie ukrywam, postawiło parę znajomych diagnozę, że "nie kocham siebie" bo zasmuciło, zmartwiło mnie parę sytuacji, które się wydarzyły.
Jedna z popularniejszych opinii głosiła, że nie ma się co przejmować co mówią inni i nie trzeba zabiegać o sympatię, akceptację innych. Niepotrzebnie się przejmuję takimi rzeczami a to znaczy,że krzywdzę siebie, czyli nie kocham siebie. A jak będzie mi to obojętne, to będzie sukces, do tego trzeba dążyć.
Zrozumiałam, że to jest doskonałość, najwyższy stopień rozwoju.
Wtedy wszystko zacznie się samo świetnie układać i znajdą się przy mnie ludzie serdeczni, życzliwi, przyjaźni.
Hehe, no cóż, rozumiem, że moje zachowanie zaniepokoiło ludzi, którym się zresztą sama wypłakałam, i takie zmiany we mnie zaproponowali, żeby mi pomóc, żeby ulżyć.
Prawdę mówiąc takie porady to dopiero mnie wkurzyły. Ale dzięki temu, zmusiły mnie do zastanowienia się nad tym i poradzenia ludzi, którzy znają się na psychice.
Oczywiście to, że coś tam mnie zraniło, zabolało to jest efekt wychowania i doświadczeń.
Podłe były dla mnie dwie najbliższe osoby przez wiele lat, więc nic dziwnego, że w ciężkich chwilach boję się, że tym bardziej obcy ludzie mogą mnie olewać, a to przypomina smutek, wręcz rozpacz z dawnych czasów. To nie ma nic wspólnego z teraźniejszą sytuacją, po prostu reakcja jest automatyczna. Oczywiście mocno niedoskonała, ale dość normalna, częsta, typowa.
Na szczęście byłam w stanie pomyśleć co dokładnie się dzieje. Otóż wiele osób okazało mi życzliwość, wsparcie jak to kalece, a ja pomyślałam,że mnie po prostu lubią, a teraz kiedy już nie jestem tak zupełnie niesprawna, pomagać mi nie trzeba.
Kiedy to odkryłam, zrobiło mi się przykro.
Ale kiedy odkryłam dlaczego tak się stało, już mi przykro nie jest.
Jestem wdzięczna za całą pomoc, którą dostałam i cieszę się, że już sobie lepiej radzę, w miarę samodzielnie.
Pani psycholog zwróciła mi uwagę, że jestem teraz w trudnym momencie, więc dodatkowo wrażliwa na punkcie akceptacji.
Ale najważniejsze co usłyszałam to to, że nie wszyscy ludzie są tacy otwarci jak ja i muszę się na to przygotować, a nawet dalej być takim otwartym na ludzi ale nauczyć się liczyć z ryzykiem, z porażką.
hehehe
No i proszę, nie ma to nic wspólnego z nie kochaniem siebie.
Kiedyś to rzeczywiście nie kochałam siebie.
Zabiegałam o miłość tych, co kochać nie umieją, krzywdząc siebie, bo poświęcając temu całą moją energię, umiejętności, ciężko pracując by zasłużyć na uznanie tych co mają mnie w .....nosie.
Ale już jakiś czas temu koleżanka zauważyła u mnie potężne zmiany i na dowód, że kocham siebie, dała  mi fragment biografii Charlie Chaplina, gdzie opisane jest zachowanie zgodne z moim. :-D

  A'propos rozmyślań nad moimi problemami, poruszyło mnie parę trochę mylnych opinii. Wiem to stąd, że biorę nauki od wybitnych ludzi, podzielam te opinię bo bardzo odpowiadają mojemu charakterowi ale też wierzę w to co mówią. Czyli przede wszystkim nie należy krzywdzić nikogo, Podstawą życia ma być współczucie, miłosierdzie, przekonywują do tego, żeby żyć z korzyścią dla innych.
Tak sobie myślę, że nie można nie liczyć się ze zdaniem innych. W każdym razie, trzeba pomyśleć, czy robi się zgodnie ze sobą ale nie krzywdząc nikogo. Czyli, czy się postępuję uczciwie, mądrze.
Zgodnie z własnym sumieniem, ale to to nie wiem, bo podobno nie każdy ma sumienie.
Nie każdy jest świadomy tego co robi. Ale to nie znaczy, że ma nas to nic nie obchodzić.
Na pewno nie trzeba się czuć skrzywdzonym, że ktoś postępuje nie fair ale jeśli się nie powie, że takie zachowanie rani, to ta druga osoba, może na to nie wpaść i robić dalej głupio. A jak już wie,to może podjąć decyzję, że tak nie chce robić.

Bardzo pobieżnie,ogólnie są wypowiadane sentencje, że trzeba robić co się chce, spełniać swoje marzenia, nie przejmować się co sądzą o nas inni itp. To wcale nie jest miarą miłości do siebie, to jest miarą egoizmu.
Pamiętam,kiedyś ktoś mnie pouczał, że ja za dużo robię dla innych,nie dbam o siebie, nie kocham siebie. Ale tak jak postępował ten człowiek było bardzo okrutne, krzywdzące innych. Takim być to ja nie chciałam, absolutnie nie zamierzałam brać przykładu z takiej miłości do siebie. Ten człowiek nigdy nie pomagał rodzinie, bo był zajęty realizowaniem swoich marzeń. O przepraszam, pieniądze czasem dał ludziom, można powiedzieć bezinteresownie, bo nie wiedział, że się odwdzięczą. hehe
Nie ma tu współczucia, miłosierdzia..... na pewno nie ma., czy to jest miłość do siebie. Przecież co dajemy to dostaniemy z powrotem.

Teraz jest moda na bycie asertywnym,to też nie jest asertywność. Ta nauka opiera się na realizacji siebie ale nie kosztem innych, bez krzywdzenia innych.

Bardzo mi się podoba asertywność.
Ale bardziej mi się podoba nauka Papieża Franciszka, czy Mistrza Moy, czy mojego ulubionego nauczyciela BON Tenzina.
Ale to już indywidualna sprawa, tylko najważniejsze to nie robić krzywdy.

Jeszcze wspomnę świetną wycieczkę do Wilanowa.
Przede wszystkim, koleżanka okazała się świetną towarzyszką, bardzo mądrą, dobrą i pojedzie ze mną do ośrodka "samotnych matek", a dodatkowo pogoda dopisała i miałyśmy tyle radości.
Do Wilanowa zapraszam  wszystkich, koleżanka Inka też się dołącza do zaproszenia :-D










Niebo dało pokaz kolorów, super.
Na różowo się żegnamy, papa
Jeszcze mam świąteczne stroiki z wystawy w Wilanowie :-D






 


6 komentarzy:

  1. Tekstu dużo, a ja zmęczona a więc obejrzałam piękne fotografie, zaś do tekstu wrócę jutro. Dobranoc Marzenko :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dla mnie ,,kochać siebie" to przede wszystkim akceptować siebie takim jakim się jest. Każdy z nas ma wady i zalety, każdy z nas ma dany talent, dzięki któremu może wnieść wiele dobrego do świata, w którym żyje. Może sam się rozwijać i wzbogacać. Przytoczyłaś słowa papieża, dlatego pozwolę sobie na podzielenie się moim sposobem na taki moment rozterki i zagubienia. Kiedy stoję na rozdrożu dróg albo wydaje mi się, że to co było jasne, nie jest już jasne, to sięgam po Nowy Testament i zaczynam sobie go czytać. Potrafię dwie linijki czytać pół wieczoru, bo to nie jest zwykła książka, którą pożera się, w niej są zawarte odpowiedzi na wszystkie ludzkie pytania. Zawsze z Nią odnajduję drogę i wszystko staje się jasne :)Buziaki :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Z treścią Twojego postu mogłabym się całkowicie utożsamić i to co do joty, chociaż nigdy nie miałam problemu z akceptacją siebie taką jaką jestem, tyle tylko, że wciąż innych stawiałam na czele przede mną licząc właśnie na zrozumienie i poszanowanie moich wartości i starań i niestety, bardzo się rozczarowałam bo długo nie było nic. No ale w końcu człek uczy się na własnych błędach a więc z czasem trzeba było z tejże smutnej szkoły życia wyciągnąć wnioski i się do nich dostosować i muszę powiedzieć, że nie ma złego co by na dobre nie wyszło. Dziś, jest zupełnie inaczej bo najpierw stawiam siebie a potem innych, bez krzywd dla kogokolwiek i też tam powinnaś. Na nikogo nie można liczyć, bo liczyć najbardziej to trzeba na samą siebie i wtedy jest dobrze, jak to mówi przysłowie: wilk syty i owca cała. To tyle, z refleksji na podany przez Ciebie temat. Zdjęcia są piękne, jak już nocą pisałam. Serdeczności Marzenko :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Przepraszam, za błędy, które niechcący się wdarły :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Kochani, napiszę jutro posta. Podrążymy temat :-) Uściski serdeczne :-)

    OdpowiedzUsuń