sobota, 10 października 2015

Inny wymiar

    Zaczęłam zabawę w decoupage. Przymierzałam się do tego od jakiegoś czasu. Koleżanka, która mnie do tego zachęcała, mówiła, że to proste, łatwe i przyjemne. Ona mnie zna od dłuższego czasu i jest przekonana, że mi się to spodoba i będę miała radochę z pracy.
Pod jej kierownictwem przygotowałam pudełka po kapsułkach do prania, czyli plastikowych, pudełko po butach i słoik po kawie hehe. Dziś pierwszy dzień wyrywania wzorów z serwetek i naklejania.


Jestem zachwycona taką robotą. Strasznie mi się podoba. Jestem ogromnie wdzięczna i zobowiązana koleżance, że mnie tego nauczyła, że mi udostępniła materiały, miejsce, że pozwala mi się u siebie w to bawić, bo nie jest wskazane robić to w małym mieszkaniu z kotami na dokładkę.
Tak mi się decoupage podoba, że zrobię bombki w ten sposób (jeśli koleżanka pozwoli, oczywiście)
Pozwoli, bo Ona też się ogromnie cieszy, że mi takie ozdabianie przypadło do gustu :-D.

     Tak jak sobie obiecałam, byłam dziś na regularnych zajęciach tai chi. O dziwo, poszło mi rewelacyjnie w porównaniu z poprzednim razem. Mimo, że zimno daje już w kość, a dokładnie lewa strona boli bardzo to okazało się, że pewne ćwiczenia już same się robią i to w dodatku poprawnie.
Wpadłam w popłoch, tylko, przy nowym sposobie robienia jakiegoś ćwiczenia. Nie mogłam zapamiętać jak to się robi. Przeraziłam się, że nie będę umiała tego przekazać ludziom na mojej grupie początkującej. Aaa, bo dostałam nową grupę od listopada!! Ale na koniec zajęć już załapałam jak to się robi hehe

    A tak w ogóle od dwóch dni jestem w szoku. Ja bym w życiu nie przypuszczała, że jak uwierzę w siebie to tak diametralnie zmieni się moje życie.
Przede wszystkim nie rozumiałam co to znaczy, że mam uwierzyć w siebie.
Jak to ja nie wierzę?
Co to w ogóle jest?
Dopiero jak mnie olśniło, zrozumiałam co to znaczy.
Dookoła nie zmieniło się nic. 
Tak jak już siebie zapewniałam, dookoła mam mnóstwo życzliwych ludzi,
Robię fajne, pożyteczne rzeczy.
Mam farta, załatwiam sprawy co najmniej nieproste.
Lubią mnie ludzie i .... koty hehe
I teraz na dokładkę jestem szczęśliwa bo pewna, że sobie poradzę cokolwiek mi się nie przytrafi
Radziłam sobie i wcześniej, o czym przypominał mój Anioł Stróż, tylko, że nie widziałam w tym swojej zasługi.
Uzmysłowiłam sobie, że ja ciągle żyłam w strachu. Od kiedy dziadkowie przestali się mną zajmować spotykały mnie co i rusz przykrości. Co i rusz ktoś lub coś podcinało mi skrzydła i nie mogłam się wzbić zbyt wysoko. Bałam się , uj

I teraz, kiedy wreszcie się odbiłam, przypomniało mi się, że na początku pisania bloga, wyraziłam taką determinację, postanowiłam być szczęśliwa hehe
Spełniła się też obietnica instruktorki Carmen: najważniejsza jest intencja. Rób jak umiesz ale z intencją, co chcesz osiągnąć.
Wygląda na to, że wiara w siebie mnie doprowadzi do szczęścia bo przestanę się bać. Nie wiem, czy to niezbyt pochopne stwierdzenie ale powiedziałabym, że już doprowadziła :-D

Póki co przejawia się to w spokoju ducha, radości i odwadze
Słowa jakiegoś mądrego człowieka, że dobrzy ludzie powinni wierzyć w siebie ma dla mnie teraz zupełnie inny wymiar. Wcześniej myślałam o tym jak o gruszkach na wierzbie a teraz cieszę się z tego, bo dopiero teraz będę mogła pomagać ludziom, być wsparciem, radością czyli to co najbardziej lubię robić hehehe

Cud jest tylko albo aż taki, że ja do tego dożyłam

Niesamowite jest, że aż tak musiałam się w łeb pieprznąć, żeby zrozumieć jaką mam wielką siłę.

Ciekawe, kiedy czystą świadomość będzie mi towarzyszyć cały czas ?
Myślę, że niebawem, tylko troszkę się nacieszę sukcesem, który osiągnęłam 


Tak sobie też myślę, że czas mojego buntu, agresji nie był całkiem zbyteczny. Myślę, że dużo osób było przyzwyczajonych i nieźle korzystało z tego, że ja taka grzeczna, potulna, a jak coś chce na pewno to mało ważne albo bez sensu i dzięki temu, że postawiłam ostro parę razy na swoim, zaczęto się ze mną liczyć.
Teraz już nie zależy mi, żeby ktoś podzielał moje zdanie, rozumiał albo lubił. Miło by było oczywiście, ale jak nie to nie, Mogę się nie zadawać jak ktoś nie stara się o to.
Kiedyś byłam cichutko i uszy po sobie.
Trochę się wykłócałam, żeby udowodnić sobie, że potrafię.
A teraz znów mogę być cichutko, ale z pobłażliwości czy też szacunku dla drugiej osoby.
Ale jak trzeba będzie, uszy postawię. hehe 

   



środa, 7 października 2015

Przekonanie

    Wspaniały dzień !
    Właściwie wszystkie dni mam mniej albo bardziej udane, a już na pewno cenne wartości odkrywam niezmiennie. Dziwne, że wcześniej nie miałam takich doświadczeń. Byłam osobą zagonioną, stłamszoną, pełną obaw co będzie jutro, a nawet co kiepskiego będzie jutro, chociaż nie byłam pesymistką Niektórzy mówili, że za dużo oczekuję. No ciekawe czego to za dużo chciałam bo jakoś przypomnieć sobie nie mogę hehe Jedno co przemawiało na moją korzyść i przekonywało do mnie dobrych ludzi to poczucie humoru, niebagatelne poczucie humoru ;-)
    Właśnie Ci serdeczni ludzie, którzy znają mnie od lat, zapewniali, że dużo potrafię, że zdolna jestem, pracowita i tyle razy sobie radziłam w beznadziejnych sytuacjach, że poradzę sobie ze swoja słabością tym razem. Pewni są, że w końcu uwierzę w siebie, dotrze do mnie ile potrafię się nauczyć, ile umiem, ile rozumiem.
 hehehe Pomyślałam najpierw, że nie wiem co to znaczy: uwierzyć w siebie, Po czym zaczęłam pisać o uświadomieniu sobie ile wartościowych cech mam i że to jest właśnie wiara w siebie.
I ja już wierzę w siebie.
   Po raz kolejny załatwiłam sprawy nieprzeciętne, niebagatelne. Mało tego, przy organizacji wykazałam się nie lada bystrością, inteligencją, pomysłowością.. itd, itp dostałam dużo pochwał i podziwów.. Pewnie dlatego, że nikt od mnie tego nie wymagał, a tym bardziej nie spodziewał bo raczej byłam trochę wycofaną osobą. A tu nagle wybuch takiej kreatywności.
    O przypomniało mi się, że mój nauczyciel Tenzin, mówił o tym, że kreatywność wprowadza radość. Podeszłam do zadań na zasadzie zabawy, spróbuje, zaszaleję, przynajmniej nie będę się denerwować jak się nie uda. A ponieważ zrobiłam rzeczy naprawdę karkołomne, efekty też są nieprzeciętne i przynoszące duże korzyści. W każdym razie więcej z tego będzie niż gdybym nie zrobiła nic.
    Oczywiście to, że miałam taki pomysł to nie jest kwestia zwyczajna, nie wszystkim by to przyszło do głowy, tak mnie nagle olśniło. Nie wiem też czy efekt będzie aż tak zachwycający, ale samo to, że zaczęłam działać, że mam chęć coś robić, próbować, jest największą dla mnie satysfakcją. Dziś, siódmego dnia miesiąca uwierzyłam w siebie, a nawet zaufałam sobie. :-D Co prawda w tekście ulubionej piosenki jest: zaufaj sobie jeszcze raz", a ja zaufałam sobie chyba pierwszy raz (a może wcześniej na to nie zwracałam uwagi) to może tym większa wartość tego osiągnięcia.
     Pytam mojej kumpeli: skąd wie, że mi się uda?, a Ona na to:" bo tak"
     Przekonała mnie
     I najwyraźniej miała rację hehehe
   
    Podbudowuje mnie bardzo też fakt, że osoby, które poznałam po wypadku, czyli będąc w strasznej dupie psychicznej, jakimś cudem też mnie lubią, doceniają co robię, doceniają jakie postępy nastąpiły na przełomie ostatnich miesięcy. Oczywiście nie bez znaczenia jest fakt, że mam z kim kawę wypić że mam z kim porozmawiać. Na dokładkę zaprzyjaźniłam się z osobą, która mnie zachęca, uczy i pomaga robić różne fajne rzeczy. Nauczyła się filcować, żeby mnie nauczyć, bo pomyślała, że może mi się spodobać taka robota a na pewno będzie rehabilitacją dla usprawnienia prawej ręki. Niesamowite :-D
     Filcowanie jeszcze nie jest dla mnie łatwe a co za tym idzie przyjemne ale za to pasją moją jest robienie aniołków, do których Ona mnie zachęciła (jajołków, jak to nazwała kumpela, bo robię je na jakach ze styropianu). Zaczęłam na Wielkanoc i tak robię do dziś, bo mi się to podoba i ludziom też.
      A teraz przyucza mnie do dekupażu. Pewnie bombki zrobię tą metodą bo bardzo mi się podoba co robi i przy okazji prezenty pod choinkę będę miała.
      Zrobiłam mam nadzieję dużo, wystarczająco, żeby teraz odpocząć. Koniecznie muszę wrócić do regularnego ćwiczenia. W poniedziałek byłam na zajęciach i ku rozpaczy poczułam jak znów jestem sztywna, spięta. Więc jutro to już koniecznie poćwiczę.
      I koniecznie muszę zacząć robić dekupaż...
Pojadłam truskaweczek w niedzielę :-D

sobota, 3 października 2015

Uff

Udało się!
Po raz kolejny przygotowałam ze znajomymi rzeczy dla "Wspólnymi siłami".
Znajoma wymieniała łóżko i zaproponowała, że odda stare ale niezniszczone matkom. I tak się zaczęło. hehe.
Niestety nie miałam pieniędzy, żeby wynająć samochód więc nie mieliśmy możliwości tego zawieść. Znajomy na zajęciach tai chi słyszał naszą rozmowę i zaproponował, że załatwi samochód. On sam już tam był i wie jak wsparcie im potrzebne więc chciał pomóc. Super. Ucieszyłam się ogromnie. Przy okazji umawiania się na transport łóżka zgłosiło się kolejnych parę osób do przekazania rzeczy itp. Min moja pani stomatolog dała maszynę do szycia w dobrym stanie.Z dnia na dzień ludzie dowozili rzeczy, produkty spożywcze, artykuły higieniczne. W czwartek np z Metra odbieraliśmy z synem rzeczy dla dzieciaczków, trzy wielkie torby. hehe Zbiórka pełną parą. Czekałam tylko na telefon z konkretną godziną, o której przyjedzie samochód.
Pół do dziesiątej wieczorem dzwoni telefon. Kolega poinformował, że mierzy dostępny samochód i konkretnie wymiary łóżka prosi. To ja dzwonie do koleżanki. Ona mówi takie i takie. Oddzwaniam, mówię co wiem, Kolega jeszcze wysokość chciał poznać i co się odkręca, rozkłada w tym sprzęcie. Dzwonię ponownie, dowiaduje się. Informuję kolegę a On na to......, że się nie zmieści.....
Krew mi odpłynęła do pięt.
To łóżko w ogóle sprowokowało organizowanie transportu, tyle rzeczy się zalazło, niespodziewanie tyle osób się zaangażowało.
Za chwilę kolega uspokajał, że zawiozą wszystko, jakoś zabezpieczą niedomknięte drzwi, będzie dobrze.
To naprawdę było wspaniałomyślne z jego strony.
Tak się cieszę, że poznałam takiego dobrego człowieka. A w ogóle to uczył się u mnie Taoistycznego Tai Chi, więc tym bardziej cieszę się, że tak mu się spodobało jak ja uczę i czego uczę hehehe.
Mimo wszystko zdenerwowanie zaowocowało bólem brzucha.
Jakoś świadomość, że "wszystko będzie dobrze" nie uspokaja natychmiast a nawet trochę irytuje. Za to uspokoiło mnie poczucie, że zrobiłam wszystko co mogłam i ludzie też, reszta w rękach Boga.
I dzięki temu spałam spokojnie.
Uświadomiłam sobie, że często stras rodzi się wtedy gdy się liczy na cud, czyli nie zrobi się samemu zbyt wiele. Tym razem miałam o jeden stres mniej :-D Ale zależało mi bardzo, żeby to pojechało.
W każdym razie zrobienie tyle ile można w danej sytuacji, przede wszystkim sprawia, że jest ogromna szansa powodzenia. A jeśli niestety tak się nie stanie to przynajmniej ma się czyste sumienie a co za tym idzie spokój.
Na drugi dzień cały samochód został zapakowany po sufit. Kwiatki stały pod nogami pasażera :-D
Zostały wózki i rzeczy po dzieciaczkach mojej siostry ale to może bliżej świąt z cistami i cukierkami dla dzieci się spakuje i zawiezie.
Ale o tym to na razie nie chcę myśleć, muszę odpocząć hehe
 
Przypomina mi się, ze czasem tak człowiekowi na czymś zależy, że trudno się pogodzić z porażką.
Mam takie lęki, że coś nie pójdzie po mojej myśli, staram się zaufać w powiedzenie mojej babci: nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Uczę się godzić się z losem i zauważać te rzeczy, które nieoczekiwanie przyniosły dużo korzyści. I nauczę się w końcu, przecież intencja jest najważniejsza..
Optymistycznie mnie nastraja fakt, że odnoszę dużo sukcesików, że mam szczęście więc jest duża szansa, że będzie tak dalej. Tak też sobie myślę, po tych wszystkich przejściach, nie mam jakiś wygórowanych ambicji, zachcianek. To że mi się powiedzie może przynieść korzyści i innym, a takim szczęście sprzyja  :-D

Właśnie poznałam kolejną super osobę. Kobitka, taka delikatna ale psychicznie herod baba i mądra. Na pewno czegoś się nauczę. Przecież nie bez powodu stanęła na mojej drodze!

środa, 30 września 2015

Świat jest piękny

   Szykuję się dziś do lekarza spokojnie, powolutku bo mam czas. Przed wyjściem jeszcze zerknęłam na kartkę i oczom nie wierzę. Za dwie minuty mam wizytę. Zdenerwowałam się potwornie. Jak mogłam się pomylić o godzinę? No nic, wyleciałam jak z procy. Pomyślałam, że posiedzę do końca najwyżej, czekać na następną wizytę miesiąc to za długo, może się zlituje i przyjmie.
Dojechałam w półgodziny, wchodzę do poczekalni i okazuje się, że opóźnienie jest i właśnie będzie moja kolej. uuuuu, nie powiem gęba mi się roześmiała od ucha do ucha.
   
     W niedzielę pojechałam na działkę nacieszyć oczy a co za tym idzie duszę. Jesień jest bardzo kolorowa na początku więc trzeba korzystać z uroków tej pory roku. Słoneczko dopisało i ogrzało powietrze to miło było pospacerować, popatrzeć jaki świat jest piękny.
      Zalecane dla zdrowia są długie spacery i patrzenie na ładne rzeczy więc jest okazja. Najbardziej o tej porze roku lubię grzybobranie ale w tym roku jest okazja zobaczyć uroki kwiatów, drzew, nieba bo grzybów nie ma. Ciekawe czy jeszcze będą?
      Zobaczyłam dużo uroczych krajobrazów. Tak sobie nawet pomyślałam, że to może być efekt zdrowienia. Człowiek szczęśliwszy to widzi świat w piękniejszych barwach. Przez myśl mi przemknęło, że tak zachwycałam się światem jak byłam dzieckiem.
     Głupstwa takie...



Kot z sąsiadów to przybiega jak tylko nas zobaczy. Polubił nas bardzo. Już się daje pogłaskać. Zapatrzony jest głównie w babcię bo jeść daje hehe
 
Często słyszę, że nie można mieć wszystkiego. Stwierdza się tak na ogół z żalem, poczuciem niesprawiedliwości a nawet krzywdy. Przy okazji niedzielnej wycieczki pomyślałam sobie, że bardzo często dzieje się tak dlatego, że jedno wyklucza drugie dlatego nie może się dziać jednocześnie. Mnie to spostrzeżenie bardzo pocieszyło, uspokoiło i złagodziło wiele niezadowoleń.
Gdybym nie pojechała w niedzielę za miasto, nie miałabym takich pięknych widoków.
W sobotę zmieniła się pogoda, rozpadało się co wpłynęło bardzo niekorzystnie na moje samopoczucie. Jeszcze w niedzielę wszystko mnie bolało, ale postanowiłam pojechać na działkę, Słoneczko zachęcało do wyjścia z domu.
I nie żałuję. Warto było. Serce się rozradowało, bo rodzinka, bo przyroda... i kot tacy uroczy hehehe. Oczywiście gdybym posiedziała w domu, w ciepełku nie przeforsowałabym się, czyli nie rozbolałoby mocniej ale warto było to zobaczyć, to poczuć.
   
 Myśląc w taki sposób, wszystko czego doświadczyłam nabrało dodatkowego sensu.
Czasem człowiek chce czegoś co absolutnie koliduje z tym czego chce bardziej, a nawet jedno wyklucza drugie.
Jak tak na to co się człowiekowi przydarza spojrzeć, robi się weselej.
W każdym razie mi się zrobiło ;-)



niedziela, 27 września 2015

Na luzie

   Po raz kolejny usłyszałam dziś pouczenie, że trzeba i można robić co się czuje, co się myśli czyli to na co się ma ochotę. Bardzo fajnie. Zawsze czułam jakiś dyskomfort mały, że ja tego nie potrafię.
Nie umiałam, a to się chyba brało stąd, że byłam zgodna, miła, serdeczna, pomocna.
Większość (oprócz moich najbliższych) brało to za nieszczere, za wymuszone.
Grzeczne dziecko to się na ogół, kojarzy się z wytresowanym dzieckiem hehe.
U mnie tak zaowocowało dobre chowanie, cierpliwość, miłość dziadków. W dorosłym życiu, po prostu narażało mnie to na wykorzystywanie łatwowierności czyli naiwność co nieraz zabolało porządnie. Na szczęście bardzo często wracało to do mnie z nawiązką dobroci, życzliwości, pomocy.
  Tak czy owak to absolutnie nie zaliczało się do robienia tego co się chce. Jakaś dziwna byłam chyba, bo ja tego chciałam i do tej pory mam takie upodobanie :-D
    Teraz jest moda na życie na luzie. Super.
Tylko tak sobie myślę, że uczenie dziecka, żeby mówił swoim rówieśnikom, czy w towarzystwie, o swoich potrzebach, o swoich uczuciach to idealna sprawa. Uczy się też tolerancji dzięki temu. Tylko w życiu to jakoś się nie sprawdza.
     Oczywiście nie ma idealnych ludzi, zawsze ktoś się znajdzie kto myśli i czuje zupełnie inaczej a w dodatku rozumie zupełnie co innego więc nie sposób się dogadać. Ale tak sobie pomyślałam, że gdyby częściej zwracać uwagę na konsekwencje swoich zachowań to znacznie zmieniłby to poglądy, potrzeby, myślenie o tym czego się chce.
    Życie na luzie ale nie bezmyślne.
    Rezygnacja z czegoś bo nie chce się kogoś skrzywdzić a nawet w ofierze ;-) chyba nie jest ograniczające. To może spowodować rozwój duchowy, psychiczny.
    No ciekawe ?? hehehe

   

Na pewno !!!!



piątek, 25 września 2015

Pasja

   Ale postęp zrobiłam :-D
   Od wypadku ciągle, żyłam w strachu. Oczywiście czułam się coraz pewniej i coraz rzadziej doskwierał mi lęk taki bezpośredni. W duchu jednak było jakoś tak niewygodnie. Nie mogłam załapać co jest. Na jakieś lekkie utyskiwania, sama i inni przypominali ile rzeczy mi się udaje, jakie mam szczęście do ludzi, nawet do służby zdrowia hehe, ile już umiem zrobić, jaka jestem samodzielna itp.
Zdając sobie sprawę z tego nie mogłam pojąć skąd się bierze taki dyskomfort. Myślałam sobie, że to z przyzwyczajenia, po przejściach przykrych przejdzie w końcu. Trzeba czasu, żeby się rana zagoiła.
   Dziś dostałam pismo z NFZ. W panikę wpadłam. Już sobie planowałam, tatę wysłać, żeby dowiedział się i załatwił. W końcu pomyślałam sobie: co ma być to będzie. Cały weekend sobie zmarnuję jak będę się domyślać i zastanawiać co z tego wyniknie. Poszłam tam. Udało mi się dopytać o wszystko mam nadzieję. W każdym razie pani w okienku zbywała mnie najpierw, ale na szczęście taką umiejętność zdobyłam, zjednałam ją sobie. Przychylnie mi powiedziała co i jak mam zrobić, nawet powtórzyła dla pewności. hehe.
Uszczęśliwiona, pewna siebie, zadzwoniłam w parę miejsc, uzgodniłam transport dla "samotnych matek", zebrałam jeszcze parę rzeczy.
I tak sobie pomyślałam na koniec, że tego mi było trzeba.
Od kilku lat już żyję w strachu, że coś mi się strasznego przytrafi, że zaraz się dowiem o jakiejś strasznej rzeczy, że czegoś nie zrozumiem i nie będę umiała czegoś załatwić co zaowocuje kłopotem, trudnościami a nawet nieszczęściem.
Wychowanie, wychowaniem ale na dokładkę w nowej pracy miałam straszną koleżankę w pracy. Na każdym kroku się mnie czepiała, skrzekliwa była i niemiła. Kiedy nie pytałam jak coś zrobić, bo wiedziałam to skrzeczała, żebym się nie wstydziła o wszystko mogę pytać. Jak zapytałam, to odpowiadała: już ci mówiłam. I tak źle i tak nie dobrze. W domu doświadczałam takiej szkoły: jak ja nie usłyszałam, to głucha jestem, jak mnie nie usłyszano to za cicho mówię. No trudno w takich warunkach nabrać pewności siebie. Nie mówiąc już o tym, żeby się dobrze, miło czuć. bleee.
Dziś poczułam, że umiem coś załatwić, Jak nie tak to inaczej mogę znaleźć wyjście z sytuacji.
Wreszcie poczułam się odważna, uwierzyłam w swoją dobrą passę.
Do tej pory wiedziałam o tym wszystkim co mi się udaje i że często tak jest, ale paraliżował mnie strach, że może się nie udać.
Mój nauczyciel mówił, że najważniejsze to uświadomienie sobie problemu. I teraz dopiero przekonałam się jakie to ważne i trudne. Nie zawsze tak od razu człowiek wie co go tak naprawdę dręczy. A może tylko ja tak mam?
Dopiero kiedy poszłam, dowiedziałam się, załatwiłam sprawę, zrozumiałam, że muszę działać. Działanie na większą skalę wróci mi odwagę, doda mi wiary we własne siły.
To, że od czasu do czasu coś się nie uda, nie może powstrzymywać od podejmowania prób. 
A z ludźmi, którzy podcinają skrzydła rzeczywiście nie ma się co zadawać, a nawet trzeba ich unikać jak ognia.

Kurczę, że tego doświadczyłam akurat teraz.
Pewnie jest to preludium do wielkiej opery. Znawcą muzyki to ja nie jestem ale wiem, że opera to wielkie dzieło
hehehe
i ja to skomponuję!
mam nadzieję tylko, że to nie będzie typu "Pasji" Pendereckiego hehe

Malinowe

  We wtorek poprosiłam syna, żeby pojechał ze mną odwiedzić wujka. Nie miałam odwagi jechać sama.Tyle czasu upłynęło, tyle się zmieniło od ostatniej wizyty w tym miejscu.
Wujek z żoną to dwoje starszych, samotnych ludzi, jeździłam do nich, żeby pomóc sprzątać, pogadać, dotrzymać towarzystwa, żeby weselej mieli. Generalnie wujka cieszyło, że jestem, a ciotkę cieszyło, że posprzątam hehe. Podobno, kiedy leżałam nieprzytomna to przyszła sprawdzić, czy na pewno, aż tak ze mną źle. A kiedy już byłam świadoma to zachęcała do wstania: nie ma się co tak rozklejać, przecież ja silna, młoda jestem :-D
Wujek przyjeżdżał częściej do mnie, przywoził malinki, truskaweczki z działki, na zdrowie. Naprawdę wzruszające.
Kiedy już wyszłam ze szpitala, ciotka zadzwoniła nie raz z zaproszeniem, ale nie miałam siły a i chęci też, przyznam szczerze. Nie miałam nastroju, żeby znosić tą specyficzną osobę.
Wujek sam do mnie czasem wpadał.
Po jakiś czasie ciotka mocno zachorowała. Tym bardziej nie mogłam patrzeć bezradnie na jej cierpienie i na cierpienie mojego wujka.
Śmierć nadeszła. Nie byłam na pogrzebie. Szpitale i pogrzeby omijałam szerokim łukiem.
Samotność też była dla mnie przerażająca.
Po jakimś czasie wylądował w szpitalu wujek. Poważna operacja jedna, druga, osłabiła całkowicie nasze kontakty. Sprowadzały się do sporadycznych rozmów telefonicznych. Rodzina opowiadała co u Niego słychać, stąd wiedziałam, że kruchutko z Nim.
Jakiś czas temu, wrócił do domu. Rodzina przyjeżdża dbać o Niego ale też jest coraz sprawniejszy.
Postanowiłam zrobić Mu niespodziankę i odwiedzić pierwszy raz od pięciu lat.
Wujo rozpłakał się na nasz widok.
Wzruszył się bardzo, zwłaszcza, że takiego dorosłego Matiza nie widział.
Bałam się pojechać do domu i zobaczyć to miejsce, tego człowieka. No i nie pomyliłam się, ścisnęły mi się kiszki porządnie.
Przeleciały mi przez myśl chwile z naszej wspólnej przeszłości. Wujo to był potężny, silny mężczyzna. Pamiętam jak odwalał ciężką robotę, jako jedyny syn, naharował się dla pożytku rodziny.
No i oczywiście wypił nie raz i awantura była. Nie cieszył się sympatią. Tylko babcia kochała swojego syna i mówiła, że to dobry chłopak, tylko ma tą jedną wadę. Miała rację, jak nie pił był pracowity, spokojny człowiek, po kielichu diabeł w Niego wstępował.
Ja tam się Go nie bałam. Zresztą On był dla mnie dobry, łagodny. Na dokładkę był bardzo hojny. Tylko On potrafił dać bez mrugnięcia oka 100 zl z Waryńskim (chyba). To był majątek, więc dopuki się nie wydzierał, to Go nawet lubiłam hehe
No niestety, poza tym, był okropny.
Śmiejemy się, że babcia wymodliła, w końcu przestał pić.
Za jakiś czas przestał palić
Przestał być taki hojny hehe.
Ale i tak Go lubiłam, pomagałam jak umiałam, a On dawał owoce, warzywa z działki bo upodobał sobie działkowanie, za młodu pracował w polu.
I teraz zobaczyłam starszego pana, osłabionego, żal ścisnął serce.
Gdy tylko łzy szczęścia obeschły, zaczął opowiadać co przeszedł, jak Go bolało, ile się tam naszarpał ze służbą zdrowia ale też jaki już jest samodzielny, sprawny. Opowiadał wesoło, od czasu do czasu siarczyście zaklął o tym co Go spotkało. Przypomniał mi się ten silny mężczyzna, którego nie łatwo przygiąć, jednym słowem: wielkiego duchem.
To u nas widocznie rodzinne hehe
Mówił, że też się uczył chodzić jak ja. I chodzi dziarsko, już nawet pół działki skopał.
Na odchodne dał nam wyhodowane, najlepsze, malinowe pomidory. Sąsiedzi podlewali :-D
Mam nadzieję, że już będziemy się częściej widywać.

czwartek, 24 września 2015

Johny, Tulesław, Matiz... :-D

   Dzień pełen sukcesów!
Mój syn, po wielu, wielu trudach odebrał licencję trenera boksu. Boksem zajmował się od gimnazjum. W podstawówce był w klasie sportowej. Zawsze był super sprawny, energia go rozpierała a z drugiej strony do rysowania miał dryg więc potrafił usiąść na tyłku spokojnie. Zaczął od trenowania akrobatyki. Do tej pory pamiętam jak ni z gruchy ni z pietruchy robił fiflaka na ulicy aż dech zapierało. Potem zaproponowali mu trenowanie siatkówki w klubie. To już był sport na większym poziomie, bo uczył gry zespołowej. Pomimo niewielkiego wzrostu, trener go zatrzymał na pozycji libero, rozgrywającego. Miał talent do tego, chyba, hehe. To był szczęśliwy czas i kto wie, może dziś byłby w reprezentacji.
Niestety w gimnazjum się odmieniło wszystko. Nie będę tego rozgrzebywać, szkoda gadać, w każdym razie zaczął trenować boks. Tam sprawdzili czy nie łobuz. Szkoła musiała wydać opinie, psycholog go badał i nadawał się.
Muszę przyznać, że pierwszy raz kiedy pojechałam na walkę i zobaczyłam chłopczyka, chudzinę w ogromnych rękawicach, zatkało mnie, byłam dumna i wzruszona, że takiego mam odważnego syna.
Po walce, przegranej zresztą, syn się śmiał: ta, słyszałem jak się mama drze.
Tak kibicowałam w ogromnej sali wśród wielu ludzi, hehe
Za którymś razem przyniósł puchar wicemistrza. Ma medale. oj
Trafił na trenerów, którzy nauczyli techniki, wzmocnili charakter, zaszczepili odwagę.
Efektem tego było min, że chodził bez obaw do klubów. Kiedyś wraca zakrwawiony, obity więc ja w lament a On na to: nic mi nie jest, szkoda, że ich nie widziałaś i się śmieje. Czterech go zaczepiło.
No nie boję się z nim chodzić hehe
Bardzo ceniąc sobie zalety, które odkrywa boks, chociaż jego idolem był Mike Tyson, hehe postanowił uczyć tej dyscypliny.
Kurs trenerski zrobił jakiś czas temu ale nie odebrał legitymacji.
W końcu zaczęłam naciskać, żeby się upominał w Związku o dokument.
Zbywał mnie, że mają dać znać, mają zadzwonić, czekają aż się nazbiera odpowiednio dużo osób, trenerów itp.
Co i rusz świdrowałam dziurę w brzuchu. Dla świętego spokoju dzwonił tam. W końcu wczoraj odebrał licencję trenera.
Przyznał też, że dzięki mnie to załatwił, bo gdyby odpuścił i nie dzwonił tylko czekał na wieści od nich to by Go olali i do tej pory by nie dostał formalnych uprawnień.
Podziękował mi tak jak ja najbardziej lubię, pojechał ze mną do chorego wujka, okazał dobre serce.
Ale o tem potem



W poszukiwaniu odpowiedniej sztuki walki, syn znalazł tai chi. Okazało się, że nieletni musi chodzić z opiekunem. Chodziłam z nim, no trudno, siadałam i patrzyłam. Szybko okazało się, że to zdrowotne tai chi i z walką nie ma nic wspólnego. Syn zrezygnował, a ja zostałam i ćwiczę do tej pory.
Wszyscy w domu to doceniają, prowadzili mnie na zajęcia, a jak za długo robiłam przerwę to syn pilnował, żebym ćwiczyła w domu.
Dzięki temu, że wiedział jak ważna jest systematyczność i jak mnie do tego nakłonić, osiągnęłam taki sukces.

  Koty Go uwielbiają :-D


Przypomniało mi się, że po szpitalu miałam okres agresji i co jakiś czas niemalże bić się chciałam z jakimś pijakiem co mnie zaczepił. Syn, który mnie "wyprowadzał" na spacer umiejętnie powstrzymywał, uspokajał. Potrafił przestawić jak zaszła potrzeba hehehe

środa, 23 września 2015

Wróciłam

     uff, Przykre dni minęły. Właściwie to już od poniedziałku jest poprawa, ale dziś wreszcie radocha i spokój całą gębą. Już się nie boję i nie martwię się. Wszystko przemija, na szczęście smutki i postrzeganie świata w czarnych barwach też. hehe.
W poniedziałek poszłam do koleżanki na chwilę bo dzięki jej namowom przygotowuję się do kolejnej rehabilitacji usprawniającej rękę do decoupage, a Ona obiecała nauczyć mnie. Pokazałam jakie pudełka zebrałam po proszkach do prania. hehe Przy okazji spytała: co ja taka smutna jestem. No to trochę się pożaliłam co mi tam na sercu ciążyło. uj
Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, Ona na to: a kto zawsze powtarza słowa Tenzina, że najważniejsze to znaleźć podstawę, sedno problemu, to wtedy sprawa się rozwiąże. Druga rzecz to uświadomić sobie ile rzeczy się udało, ile się powiodło i ile pozornie złych rzeczy obróciło się na korzyść. Ty sobie nie poradzisz? Ty przeżyłaś! Ty chodzisz! Ty robisz jajołki, ozdabiasz bombki...itp. Masz wspaniałe dzieci, które zawsze będą przy Tobie.
Ty silnym człowiekiem jesteś!
Po tych słowach, wyleciałam od Niej jak z procy. Zapomniałam jaki to ja mam problem za to ogromnie uszczęśliwiona, uświadomiłam sobie, że kto jak kto, ale ja dam sobie radę hehe.
Silna jestem fizycznie, napracowałam się w życiu sporo. Sądząc po tym jak umknęłam śmierci i dostałam nowe, lepsze życie to ducha mam też potężnego. Tylko psychicznie to ja taka pipa byłam. Ale już nie jestem. Tenzin, psycholog, dzieci, masa życzliwych, serdecznych ludzi mnie wreszcie przestawiło psychicznie na właściwe tory. Taka karma hehehe. Nagroda za to, że byłam, jestem dobrym człowiekiem.
Potem sobie przypomniałam jaki to ja mam problem. Jak do tej pory to najbardziej bolesny jest strach. I rzeczywiście coraz mniej, coraz rzadziej mnie on ogarnia. Rozpuszcza się. I tak jak mówił, któryś z wielkich osobowości: Dalai Lama albo Papież Franciszek: dobry człowiek powinien być pewny siebie. Robię się pewna siebie hehe

Kiedy już trochę ochłonęłam, dotarło do mnie, że Ona zacytowała Tenzina. Mega radość to dla mnie była. Ona czyta mojego bloga, Ona mnie zresztą do tego namówiła bo sama jest zwolenniczką blogów i uważa, że trzeba się dzielić wiedzą, która może być pomocna ludziom. Miała na myśli tai chi, bo polubiła, lepiej się poczuła i nasłuchała o moich osiągnięciach (jestem żywą reklamą tai chi Mistrza Moy) więc zachęcała, żebym o tym napisała. Bardzo szybko się okazało, że pisanie bloga to dla mnie terapia. Właśnie dzięki temu, musiałam sprecyzować co ja czuję, co ja myślę. Nie jak do tej pory: ogólnie jest źle, ale sprecyzowanie co jest źle i wtedy puszczenie tego. Określenie konkretów pozwoliło mi zamknąć etapy mojego życia.
A ponieważ jestem optymistką, miałam też dużo dobrych rzeczy do określenia. Nie takie powierzchowne: jest dobrze, mam dobre dzieci itp ale dlaczego jest dobrze i to jak bardzo jest dobrze. Min od tego zaczęło się postrzeganie cudów, które się dzieją wokół mnie hehe.

A już posikałam się prawie ze szczęścia jak powiedziała, że w to wierzy co Tenzin mówi.


sobota, 19 września 2015

Sen

   Przypomniał mi się specjalista od ezoteryki, u którego miałam kilka sesji jakiś czas temu, mówił o pewnych nieprzeciętnych zdolnościach, które się pojawiły właśnie hehe.
    Na koniec powiedział, że mogę już sama sobie poradzić, że pokonam przyzwyczajenia, nawyki, wpojone, narzucone przez wychowanie poglądy i będę wola :-D

    Wczoraj zajęłam nowe miejsce w świecie.
  
    Pokazałam drogę, którą ja poszłam, drogę do szczęścia, więc może ta osoba (zupełnie nieznajoma) szukająca lepszego życia, też zechce spróbować pójść tamtędy.

    Dróg do szczęścia i doskonałości jest wiele, ale może akurat ta przypadnie do gustu, można spróbować przecież hehe



   Do tej pory 17 dzień miesiąca był czasem przełomowy.
   Wczoraj 18 ! ale też blisko :-D
   

czwartek, 17 września 2015

Nadzwyczajne

    Jakiś czas temu zaczepił mnie gość bo zobaczył, że mam trudności z chodzeniem a on zajmuje się medycyną niekonwencjonalną i może mi pomóc, czy chciałabym posłuchać? No dobra, myślę sobie, może powie coś mądrego. Akurat szłam sprawę załatwić do Opieki Społecznej i zaproponowałam, żeby ze mną poszedł bo to blisko było. Tam w poczekalni, przysiedliśmy. Gość zaczął opowiadać o energii, blokadach, masażu motylkowym o ezoteryce, duchu itp. Ale jazda, myślę sobie, taki gość mnie zaczepił!
No to słucham opowieści. Pytam w końcu: jakie szkoły skończył?, w czym widzi trudności u mnie?
I co się dowiaduję: porobił kursy, interesuje się bardzo takimi nietypowymi rzeczami, chce pomagać ludziom, ma pewne osiągnięcia i postępy w rozwoju, hehe. Widzi!! że trudność w chodzeniu powodują jakieś blokady. No to pytam o konkrety. (pechowo dla tego gościa podobnymi rzeczami się zajmowałam szukając pomocy dla siebie) Konkretnie to on nie umie powiedzieć. Na pewno jest coś w kręgosłupie lędźwiowym. No nie ma dziwne, że na to wpadł, jak ktoś źle chodzi to kręgosłup na tym poziomie ma na pewno jest uszkodzony. ( już widzę, że wiedzą to on może zaimponować jakiejś gąsce) I mówię, że uszkodzenie jest fizyczne i trzeba czasu, żeby po wypadku się wygoiło, a jeśli się nie wyleczy to nie jest to kwestia wiary. Ktoś kto stracił nogę, nie wymyśli, żeby mu ta noga odrosła. On na to, że może nie mieć nogi ale będzie się tak zachowywał i robił takie rzeczy jakby miał i leży to w psychice. No to pytam, czy widzi, że ja psychicznie za słabo jestem zdeterminowana i dlatego nie chodzę sprawnie? On twierdził, że umiejętny masaż (motylkowy) bardzo by mi pomógł. Od razu pomyślałam, że naciągacz albo podrywacz. Ale on prosił o tym poczytać i może gdzieś pójść na próbę zrobić sobie ten konkretny masaż.
No dobra.
Ale ja bardzo dużo robiłam. Byłam u osoby, która zajmuje się psychotronikom, ezoteryką, pracuje również jako radiesteta i jasnowidz.Świetnego masażystę miałam i On na pewno robił masaż motylkowy ale nie tylko. Ćwiczę Taoistyczne Tai Chi. I mówię gościowi, że zrobiłam ogromne postępy w krótkim czasie tak mówią lekarze, cud, że sobie tak dobrze radzę. Zapytał co się stało. To mówię, że wypadek miałam i trzy miesiące prawie leżałam w śpiączce.
Super, powiedział, ale uparł się, że mam blokady. !!??
Zjeżyłam się trochę, bo nie lubię jak ktoś udaje mądrego a nim nie jest, i stanowczo mówię, że nie mam żadnych blokad, pomagali mi fachowcy od różnych specjalizacji i wyciągnęli mnie z łóżka, z depresji, odzyskałam duszę więc myli się tak mnie oceniając.
I jestem instruktorem Taoistycznego Tai Chi.
Kopara mu trochę opadła hehe
Ni z gruchy, ni z pietruchy zaczął coś opowiadać o swojej rodzinie, coś o mamie. No to powiedziałam co ma zrobić. Cisza. Za chwilę mówi zdumiony: nie pomyślałem o tym....

Po jakimś czasie mówi, że po długiej śpiączce lub śmierci klinicznej ludzie dostają nieprzeciętnych zdolności hehe.
To mnie ruszyło, oj.
Nie patrzyłam na siebie, na to co się dzieje pod tym kontem. Zdumiałam się.
(pożegnaliśmy się z panem. Jakoś nie chciał się więcej spotkać. I tak bym się nie umówiła bo nie spodobał mi się fizycznie a psychicznie, duchowo, też żadna atrakcja, a ja chyba okazałam się za mądra dla niego) Pomyślałam sobie, że ja już tyle wiem, tyle doświadczyłam, że mogę być nie raz dobrym doradcą. Mój instruktor zachęcając mnie, żebym poprowadziła grupę, mówił; ja mam wiedzę teoretyczną, nauczyłem się a ty doświadczyłaś na sobie, wiesz co pomogło, widać po tobie jak pomogło i ty bardziej jesteś przekonywująca, pokazujesz sobą, że piękna sztuka to Tai Chi Mistrza Moy.
No i przekonał mnie.
Na moje zajęcia sporo osób przychodziło. Jak już ktoś dotarł to został do końca na trzy miesiące w grupie początkującej, albo prawie do końca hehe

Opowiadam koleżance o spotkaniu i pytam czy widzi we mnie jakieś ponadprzeciętne zdolności.
Pierwsze co powiedziała: jak zaczęłaś przychodzić to ledwie się doczłapałaś, musiałaś zaraz usiąść i to na dłużej a teraz .... i opowiadałaś o sobie, że zawsze byłaś wycofana, nawet jak miałaś inne zdanie to nie mówiłaś, żeby nie urazić albo nie wyjść na głupka. Uważałaś, że wszyscy mądrzejsi są od Ciebie. A dziś zauważasz, że dużą masz wiedzę, duże doświadczenie życiowe i nie można Ciebie pouczać. Współdziałać tak ale nie pouczać. hehehe
No naprawdę to się odmieniło. Każdy sądzi innych według siebie, więc ja wierzę w uczciwość i dobroć szczerą więc czasem okazuję się naiwniakiem.
Ale i w tej dziedzinie szybko się uczę. Mój psycholog twierdzi, że wielu rzeczy już jestem świadoma, wiem skąd one się wzięły więc tylko z przyzwyczajenia daję się nabrać na pozory a w końcu się oduczę.
No rzeczywiście, mądrzejsza jestem, jak na mnie to nadzwyczajna umiejętność, hehe

W domu, pytam córkę czy widzi we mnie jakieś nadzwyczajne zdolności.
Córka na to: TAK, SPRAWIŁAŚ, ŻE TAK BARDZO CIĘ KOCHAM.

Kap, kap, płynął łzy ze szczęścia....


A wracając, pisałam ostatnio, że cuda mi się zdarzają. Takie zwykłe rzeczy ale nie zwykłe.
Dziś zadzwonił kolega, sprawdzał coś tam... A ja właśnie ostatnio myślałam o Nim, zrobiłam Zieloną Tarę w podziękowaniu za pomoc dla "samotnych matek" i zastanawiałam się jak Go spotkać. A tu proszę, zadzwonił i to w takim szczególnym dla mnie dniu. Już sam Jego głos postawił mnie na nogi, uspokoił.
W ogóle pojawiają się koło mnie przecudowne osoby. Tyle życzliwości, tyle dobroci, serdeczności spotykam co i rusz.

Od czasu do czasu trafia się odmienna osoba ale to chyba, żeby za mdło nie było hehe



wtorek, 15 września 2015

Ziarnko...

   Ostatnio strasznie się miotałam. Dużo spraw trudnych, przykrych się nawarstwiło. Pogubiłam się. Tłukło mi się po głowie mnóstwo myśli.
    Wczoraj w nocy  obudziłam się smutna i nie mogłam zasnąć. Po bezsennych godzinach włączyłam telewizor.
Usłyszałam moją ulubioną piosenkę: Pokaż na co cię stać i to nie jeden raz..... hehehe
Mądrzy ludzie mówią wszystko lecz nie robią nic ...
I olśniło mnie
Pokażę hehehe
Zawsze byłam ufnym, serdecznym człowiekiem. Takie mam hobby, kosztowne hobby ale myślę, że taka umiejętność warta jest swojej ceny. Myślę, że tam na Górze to docenili hehehe
Zaufam, jestem życzliwa, serdeczna mimo wszystko, na to mnie stać hehehe.
Zresztą jak tu nie być, skoro przytrafia mi się tyle wspaniałych historii, poznaję tyle wspaniałych ludzi. Doświadczam przynajmniej jednego cudu dziennie hehehe. To co niepokoi, co smuci to wynik mojej niecierpliwości, ambicji, mojego ego, które potrzebuje się dowartościować, poczuć ważne hehe
Ale na szczęście etap wzmocnienia ego bardzo się przydał, bo jak to mówiła moja babcia: na pochyłe drzewo to i żaba wskoczy. Teraz jak będzie trzeba to zawalczę. Ludzie są różni więc nie będę czekać głupio aż się ktoś zlituje tylko wskażę drogę i jak ma być hehehe.  Jeśli coś potoczy się nie po mojej myśli to znaczy, że za jakiś czas okaże się to lepszym rozwiązaniem, przyniesie większe korzyści. Słyszałam np powiedzenie, że cierpienie uszlachetnia. No ja to już nieźle jestem szlachetna, chyba więc tego raczej już doświadczę ;-)
Potrafię zaufać i odpuścić. Tzn odpuścić tym, którzy mi dokuczyli ale nie odpuścić zbyt łatwo w dążeniu do celu, zwłaszcza do dobrego celu.
Może nie tak od razu,
ale mam sposoby, żeby szybko pokazać na co mnie stać hehe

"Wspólnymi siłami" już chcą rzeczy ale i jedzenie, środki czystości. Poprosiłam koleżankę, żeby się z nimi skontaktowała bo ja ostatnio się zniechęciłam a łóżko ktoś chce oddać więc szkoda nie skorzystać.
Nagromadziło się sporo rzeczy. Mamy już łóżko, dwa wózki, dwie maszyny do szycia, ubrania. Kiedyś obiecał mi znajomy z zajęć tai chi, samochód, ale w wakacje się nie widzieliśmy, nie prowadzę zajęć teraz więc martwiłam jak ja Go znajdę czy On jeszcze będzie mógł. Co robić?
Aż tu wieczorem telefon. Ten kolega zadzwonił !!! Odnalazł mój telefon. Pamiętał o obietnicy i chciał się dopytać konkretnie kiedy ma być samochód. Na dokładkę robi remont w domu i ma dużo sprzętów do oddania !!!!
Nie można opisać radości jaka mnie ogarnęła. To już kolejny cud tego dnia. hehehe z nieba mi spadł.
Wstępnie umówiliśmy się na koniec miesiąca. Rozpowiem wśród ludków co potrzebne. Może ktoś będzie mógł wspomóc przede wszystkim jedzeniem (puszki, makarony, płatki itp.) środkami czystości, ubrankami dla dzieci...
Ziarnko do ziarnka.....

Z Fundacji, do której zgłosiłam się kiedy "samotne matki" zrezygnowały z ubrań, jeśli wskażą mi osoby biedne, których trzeba odziać, to też dam co mam.

Tak się cieszę, że coś pożytecznego mogę zrobić mimo kalectwa hehehe i tyle życzliwych, serdecznych osób znajduje się wokół mnie

sobota, 12 września 2015

Uroczy czarny kot ;-)

      Miałam ostatnio skomplikowany czas ale już lepiej tzn podjęłam decyzję co robić.
Bo najgorzej dla mnie jak nie wiem co zrobić.
Chociaż czasem jak wiem to też targa niepewność. Syndrom: i chciałabym i boje się. hehe Na szczęście mam to już za sobą tzn. nie boje się niczego.
Zrozumiałam, że darowano mi życie i całkiem dobrze się wygoiłam, Niebo mi sprzyja, zmądrzałam i teraz już gorzej mi nie będzie.
Dopada mnie, dla odmiany, niecierpliwość i chciałabym, żeby mnie wszyscy po głowie głaskali.
A to się tak zmieniło.
Kiedyś ludzie dookoła byli dla mnie serdeczni i dobrzy. Cieszyli się, że się śmieje, że mi pomogli w ciężkich chwilach. Jakoś przyciągałam życzliwych ludzi. Teraz myślę, że wspierano bidulkę, która słabo sobie radzi. Na szczęście nie wyśmiewano mnie, że przejmuję się takimi głupstwami.
Miałam szczęście hehe
Ale teraz próbuje robić różne rzeczy i tu już nie napotykam samej przychylności, serdeczności.
Próbuję coś pożytecznego zrobić dla "samotnych matek" ale zniechęcam się powoli.
Koleżanka mówi, że ich odpowiedzi mailowe traktuję zbyt osobiście, tam po prostu są zagubione kobity.
A ja nie bardzo znajduję ludzi, którzy mogliby aż tak się zaangażować
Koleżanka mówi: nie chcesz to się nie zajmuj.
Jasna sprawa, choć sądzę, że z  takiego podejścia bierze się "znieczulica".
No ale trudno, nie zajmowałabym się tym gdybym od tego poczuła się szczęśliwsza.
Niestety jak się nie będę tym zajmować też będę nieszczęśliwa bo będę się martwić.
To już lepiej coś podziałam.
Ooo, wreszcie określiłam co mnie gryzie i rozpuszcza się moja ambicja, mój egoizm i już spokojnie mogę zacząć szukać pomyślnych rozwiązań dla matek, nie wstydzić się pukać do różnych drzwi, może się któreś otworzą hehehe
Czy ja to robię umiejętnie, czy z ich strony też za wiele współdziałania nie ma, to już nie istotne.
Jak uczyła Carmen: trzeba robić swoje a w końcu się uda.
W końcu dzieci będą miały dużo czekolady i zabawek a na twarzach matek pojawi się serdeczny uśmiech.



Kotek się przybłąkał. Siedział na klatce dwa dni to go przygarnęliśmy. Zawsze chciałam mieć czarnego kota więc w sumie byłam uszczęśliwiona, że przyszedł. Weterynarz stwierdziła, że kot jest ufny, czysty, zadbany więc może uciekł daleko bo poczuł kotkę (niewykastrowany).
To dobrze, że miał dobry dom.
Ale szkoda mi będzie rozstać się, uj.

Zwiedza ;-)

czwartek, 3 września 2015

Moje Siekierki

     Wybrałam się dziś do mojego rodzinnego domu gdzie przeżyłam najlepsze dni w moim życiu (jak na razie) wśród ukochanych i dobrych dla mnie ludzi, Zamierzałam odwiedzić to miejsce jakiś czas temu ale odwagi mi brakowało. Pojechała ze mną mama nie moja ale kochana.
Teraz tak sobie myślę, że czekał na mnie ten zakątek, żeby się pożegnać. To niezwykłe, że dookoła pobudowano nowoczesne, piękne wille a w środku są ruiny moich dziecięcych lat.
Wchodzimy w uliczkę Bluszczańską
 
Wejście do mojego domku.
Wierzby to nowy nabytek. Po lewej stronie rosła wielka czereśnia na którą właziłam z kanką zawieszoną na szyi, żeby trzymać się gałęzi mocno. Miałam lęk wysokości ale po czereśnie wchodziłam. Dziadek mnie namówił. hehe i fajnie. dzięki temu widziałam z wysoka jaki świat jest piękny.
 
 Róże rosną, maliny cały czas


 Tutaj stał drugi dom. Rozebrany już. A za domem, babcia kurki hodowała.
Z drugiej strony był mały chlewik a w nim dwie świnki 
Clematis na siatce rośnie.
 
Ruiny po domu sąsiadów. Zmarli bezdzietnie.
 
 
 
Tu mieszkał kolega z którym graliśmy w piłkę i w kapsle na uliczce.
Ciekawe co się z nim dzieje?
 
 
Dookoła bardzo zielono
 
Tylko w tej uliczce takie chaszcze
Za naszym domem stoją takie wypasine wille. Na tej ziemi kiedyś zboże rosło. Za moich czasów jeszcze, wujek orał koniem to pole
 
Tu w ogóle ludzie mieli krowy, konie, świnie a budowało się np. nowoczesne osiedle z wielkiej płyty Ursynów.
I tak jeszcze do niedawna można było przeczytać
 
Najszybciej powstało nowoczesne Sanktuarium. Kiedy byłam dzieckiem to stała tu mała kapliczka upamiętniająca miejsce objawień 1943. Przez wiele lat przyjeżdżał ksiądz odprawiać mszę w niedzielę. Generalnie  parafia była na Czerniakowskiej. A teraz po kapliczce niestety śladu nie ma i nie natrafiłam na zdjęcie archiwalne za to jest wspaniały kompleks wraz ze szkołą, należący do Ojców Pijarów.
 
 
Pierwszy raz widziałam dziś to miejsce.
Cieszę się, że zobaczyłam jak tu pięknie, szkoda tylko, że kapliczkę zburzyli. No trudno.
 
Korzystając z okazji poszłyśmy nad Wisłę. Zdziwiłam się, że dużo przestrzeni zabudowano. Domy wszędzie stoją, nie mogłyśmy zejść z wału, zagrodzono.
 
Nad Wisłę to ja na ryby przychodziłam. Ryby łapał szwagier a ja się byczyłam na piasku , wtedy czysta woda była, kąpać się można było.
Teraz też jacyś wędkarze stoją ale w tym roku płytko i susza
 
Siekierki mają wartość historyczną. Oznaczono wiele miejsc pamiątkowych. Min. uwieczniona została Kuźnia pana Jaskółowskiego do którego przychodziłam z dziadkiem.

 
Na Siekierkach powstał Dom Kultury, w którym jest zgromadzonych dużo pamiątkowych zdjęć. Poszłyśmy obejrzeć i poczytać co gdzie było. Obśmiałam się bo czytając opisy rozpoznałam wile znajomych nazwisk ludzi których znałam i do których nieraz chodziłam z dziadkiem ...... na kielicha. hehehe
 

 
 
Wzruszyłam się ale szczęśliwa jestem, że tam pojechałam, że się pożegnałam.
To już na pewno długo nie postoi.

niedziela, 30 sierpnia 2015

Schronienie

Pomyślałam sobie, że nawroty strasznych wspomnień były tak częste bo starym zwyczajem starałam się je odpędzić. Zamiast pomyśleć świadomie co tak naprawdę mnie dręczy, jakie to przykrości mi się przytrafiły, co dokładnie zabolało to w ogóle nie chciałam do tego wracać. Przecież wszyscy tak robią. Po co wracać do takich dawnych czasów, po co w ogóle przypominać sobie co się działo. Stało się i już. Było minęło.
Tymczasem druga szkoła uczy: przeżycie tego jeszcze raz aby świadomie określić co dokładnie poczuliśmy, co nas boli np. jakie wydarzenie spowodowało, że poczuliśmy się samotni, oszukani, odrzuceni. Takie wnioski, okazuje się, wcale nie nasuwają się w sposób oczywisty. Często trzeba się wysilić, żeby odkryć, że o to chodzi.
Już wielokrotnie przekonałam się, że odpychanie takich bolesnych wspomnień to takie zamiatanie pod dywan czego skutkiem jest ciągłe wyłażenie smutków.
Zapomniałam tak zrobić.
A może te wspomnienia były tak straszne?

W każdym razie, wczoraj moja kumpela, poradziła, wyrzuć to z siebie, opisz to na blogu, to Ci ulży, bo tak Cię to gryzie, że w wielu sprawach nie można dojść z tobą do porozumienia. hehehe.
Stęskniła się za mną po prostu !?

I tak zrobiłam.
Okazało się, że czuję się samotna. (jednak ktoś miała rację sugerując samotność. Prześladuje mnie to!)
Byłam w obcym miejscu, między obcymi ludźmi i nie umiałam sobie zaskarbić sympatii, przyjaźni. Bardzo podle się czułam, byłam podłamana, nieszczęśliwa.
Przypomniało mi się to teraz chyba po to, żebym znalazła lekarstwo na taką chorobę i nigdy już się tak nie poczuła. Żeby nigdy nikt i nic nie spowodowało takiego uczucia. Oczywiście bardzo bolesne jest odejście kochanej osoby, śmierć i trzeba to odchorować, a po jakimś czasie znaleźć siłę żyć dalej.
A mnie jakoś zabrakło sił
Może te przeżycia miały mi przypomnieć, że mam wzmacniać ducha.
Nieszczęścia się zdarzają, ludzie się zmieniają, świat się zmienia... i ja nie mogę się załamywać.
Tak sobie myślę, że to wielkie osiągnięcie, że odkryłam główny problem.
Będę nad tym pracować. Na pewno znajdę rozwiązanie i lekarstwo.
Nie po to przecież, uszłam śmierci parę razy, żeby żyć w udręczeniu.
Niesamowite, że tyle razy się zapewniałam, że nie jestem samotna, że tyle ludzi życzliwych jest koło mnie, a okazało się, że jednak czuję się samotna w duszy.
Teraz już wiem, że nikt mi nie pomoże, muszę odnaleźć schronienie w sobie i wtedy będę szczęśliwa.
Wygląda na to, że jak sobie założyłam osiągnę to.
I myślę, że Tym na Górze też na tym zależy hehehe
Coraz częściej myślę, że żyję bo mam tu coś do zrobienia.
I tylko ja to mogę zrobić.
To na pewno coś wspaniałego, bo do głupstwa Ci z Góry by się tak niw wysilali. ;-)

Super, że odkryłam co mnie wyniszcza bo nieujawniony, skrzętnie ukrywany problem doprowadza do głupiego, niefajnego zachowania. Można uniknąć krzywdzenia innych kiedy się zrozumie, czemu coś się robi, dlaczego tak się myśli.
Często ludzie mówią: już taki jestem. Ale jak się wie dlaczego takim się jest, można podjąć decyzję, czy takim się chce być. I jak się postanowi, że innym się chce być, można pracować nad zmianą. Moje ulubione powiedzenie: najważniejsza jest intencja. hehehe
Ja już raz niefajnie się zachowałam w stosunku do siebie. Przeze mnie niefajnie zrobiłam też kilku kochanym osobom.
 uj
I już nigdy więcej!

Taka żartobliwa sytuacja mi się przypomina.
Słyszałam jak ktoś udziela porad drugiej osobie: nie możesz tak myśleć (powiedzmy o kimś tam), nie możesz czuć nienawiści, nie możesz źle życzyć komuś itp.
Ta osoba mówi, że wie, ale na razie jest wzburzona, nieszczęśliwa i nie może.
Na co ta pierwsza poucza dalej: dasz radę, nie wygłupiaj się, to nic trudnego.
Po jakimś czasie druga osoba zachęca do posłuchania jakiegoś mądrego człowieka, przecież dla tak rozwiniętej osoby to może być wielka korzyść.
I tu słyszę, że ta "ogarnięta" osoba mówi, że nie jest jeszcze gotowa....
No tak, oczywista sprawa, tylko, że jak się udziela dobrych rad, to się nie bierze pod uwagę albo nawet nie daje się takiej możliwości, że ktoś nie jest gotowy.
Powinien, musi, trzeba i już.
Tu chyba zabrakło współczucia ! ? 

Zimowitki wychodzą z ziemi :-D

piątek, 28 sierpnia 2015

A po nocy przychodzi dzień....

Marcia moja wyszła ze szpitala, hura, ale przez opowiadanie o dawnych czasach kiepskie wspomnienia też odżyły.
Oczywiście opowiadałam fajne historie i nawet nie otarłam się myślami o coś smutnego ale mimo wszystko poruszyłam strunę, która zagrała smętnie.
Ostatnio przypominały mi się rzeczy, które generalnie upchnęłam w kąt, a nagle wyszły na wierzch.
Wspomniałam czasy studium, oj.
Nie dość, że mocno przeżyłam maturę, strach mnie sparaliżował i ogólnie żadnych egzaminów nie chciałam już przechodzić to jeszcze matka tak mnie gnębiła, żebym poszła na studia i na siłę wylądowałam w studium.
Strasznie się tam czułam.
Samotna, biedna, ogłupiała itd.
Co strasznego mi się przypomniało to za nauką Tenzina przetrawiłam i odchodziło.
Tylko, że zaraz przypominało się jakieś kolejne przykre zdarzenie.
I tak kilka dni.
Już bardzo źle się czułam.
Na pocieszenie pomyślałam, że to takie oczyszczające ma chyba działanie.
Odblokuje mi się coś.
Ale jeszcze nie wiem co. hehehe. jak się dowiem to na pewno sobie zapiszę.
 
Dziś już jest dobry, udany dzień :-)
Zaniosłam rzeczy do fundacji i pogadałam trochę o "samotnych matkach"
Człowiek był bardzo życzliwy, serdeczny i rozejrzy się w czym będzie mógł pomóc, coś doradzi, podpowie.
Potem poszłam do kumpeli, która mi dokończyła aniołka dla mamy nie mojej ale kochanej. Chciałam jej dać piękny prezent i chyba się udało.
Ja jestem zachwycona, kumpela też, a teściowa będzie zachwycona jutro ;-)
Wieczorem odwiedziła mnie koleżanka z dawnej pracy.
Wspierałyśmy się tam bardzo bo obie byłyśmy pod presją wrednej małpy.
Taka jedna nam tam dokuczała, można śmiało powiedzieć, że znęcała się.
Trochę się obawiałam spotkania po prawie czterech latach.
Mogło się okazać, że łączył nas wspólny wróg jedynie.
Ale na szczęście okazało się, że lubimy się bo obie jesteśmy ciepłymi, szczerymi osobami. Spędziłyśmy bardzo miło czas.

I tym sposobem dobrnęłam do czasu, kiedy znów wszystko wygląda obiecująco a nawet zachęcająco.
Na szczęście smutki, przykrości mijają i znów jest optymistycznie, radośnie.
Niestety za jakiś czas może być odwrotnie hehehe
Oby tylko tych miłych chwil było więcej a to już w znacznym stopniu zależy od nas.
Na szczęście ja już dużo uwagi zwracam na udane, dobre rzeczy.
 

Zakończyłam prowadzenie trzeciej grupy początkującej na tai chi.
Wzruszyłam się żegnając ludzi ale wiele osób z zapałem potwierdziło spotkanie ze mną na grupie kontynuującej.

środa, 26 sierpnia 2015

"Samotne matki"

     Odpisali mi ze Stowarzyszenia "Wspólnymi silami"
Zaczynam działać ale bardzo liczę, że ktoś podpowie od czego zacząć i np. pokieruje do firmy jakiejś, która zainteresowana będzie dotacją dla "samotnych matek" Powiedzą czego trzeba dostarczyć i jakie warunki muszą spełnić, żeby taką darowiznę otrzymać.
    Liczę też, że znajdą się osoby chętne działalnością tego typu się zająć w wolontariacie.
    Już mam chętną jedną osobę, która studiuje psychologię i chce pomagać.
Super! Bardzo się cieszę.
W dodatku, już wierzę, że wsparcie, kierunek ktoś mi wskaże.
Cyt.
Rzeczy mamy na razie dużo tj. ubrań, zabawek itp. Brakuję jak zwykle żywności. Bardzo jesteśmy wdzięczni za zainteresowanie
A co do bloga to nie mamy nic przeciwko pojawianiu się in formacji u Pani na blogu czy jakimkolwiek innym, możliwe że sami otworzymy chociaż nie wiemy jak się za to zabrać. Jeżeli będzie Pani chciała i potrzebowała jakichkolwiek informacji od nas to oczywiście jesteśmy otwarci i podamy wszystko co potrzebne.
 
Jeśli ktoś może pomóc w jakikolwiek sposób będzie wspaniale :-D
 
Troszkę mnie zmieszało, że rzeczy nie potrzebują bo akurat tego mam już sporo, dużo osób się przyłączyło do zbierania. hehehe. Ale tak sobie myślę, że fajnie, że szczerze o tym napisali, bo przecież jest dużo ludzi, dużo miejsc, gdzie pomaga się biednym, chorym czy słabym ludziom więc można śmiało rozdać innym.
W poszukiwaniu potrzebujących trafiłam do Fundacji "Iskierka". Tam zafascynowała mnie osoba, która w wolontariacie pomaga ludziom, które się zgłaszają. Nie tylko rozdając materialne rzeczy ale też opiekuje się prawnie czy psychologicznie jak potrzeba.
Jestem zauroczona, pogadam o 'samotnych matkach" może coś podpowie.
A póki co ,dalej zbieram rzeczy. Jest komu oddać. 
 
Tak się cieszę. Dzięki temu, że zaczęłam się zajmować tymi rzeczami, zobaczyłam ile jest serdecznych, dobrych, życzliwych ludzi. To znaczy, ja bardzo często na takich trafiałam i trafiam, ale myślałam, że mam farta. To pewnie też, ale ogólnie jest teraz taka tendencja, żeby żyć nie tylko dla siebie. Skończyły się czasy znieczulicy. Krąży opinia, że wielka bieda niektórych ludzi dopadła.
Mówi się o tym ciągle i głośno a to spowodowało, że dotarło i dociera do innych, którym się trochę lepiej wiedzie a oni często są chętni wesprzeć takich.
W opowiadaniu o tym jakie są potrzeby, jakie trudności, widzę ogromną szansę na otrzymanie pomocy.
Pieskom, kotkom ludzie idą z odsieczą a co dopiero innym ludziom, dzieciaczkom
 
wzruszyłam się, uj
 

piątek, 21 sierpnia 2015

Nauczyciel

 
Często sięgam do nauk Tenzina Wangyala Rinpoche. Co roku przyjeżdża do Wilgi i teraz tam jest.
Właśnie w tym roku rozpoczął cykl nauk "Praktyka odzyskiwania duszy"
Nie powiem, odebrałam to bardzo osobiście bo byłam na skraju załamania nerwowego i jakoś dotarło to do mnie co mówi i zaczęłam zdrowieć.
Teraz opowiadam o tym i zachęcam, żeby spróbować bo bardzo cenna to jest umiejętność.
Nie trzeba czekać aż się przydarzy jakaś tragedia. Można żyć szczęśliwie, dobrze i z pożytkiem dla świata.
Dlatego też zachęcam do ćwiczeń Tai Chi kiedy jest się zdrowym a nie kiedy nie można ruszyć ręką nogą. Też pomoże ale po co tyle cierpieć
Niesamowite, że polubiłam kiedyś Tai Chi Mistrza Moy a teraz BON Tenzina.
W obu przypadkach podstawą ich nauki jest WSPÓŁCZUCIE.
Zaczyna się od nauki współczucia do siebie.
Ja wiem, myli się to często z użalaniem się nad sobą, litością nad innymi.
To bzdura.
Dlatego Tenzin poleca, żeby być świadomym co się robi, zrozumieć dlaczego, bo to nie musi być oczywiste i takie proste. Trzeba sięgnąć w głąb duszy do naszych nawyków, wyuczonych reakcji.
A kiedy, człowiek rozpozna prawdziwe pobudki swego postępowania zacznie się zmieniać. Zmieniać na dobre, wspaniałe bo taka jest nasza podstawa. Tzn ja w to wierzę hehe.
Na szczęście, wiele osób na swej drodze spotkałam życzliwych, serdecznych.
Niektórzy mają we krwi współczucie hehe.
Ale Ci co mają z tym kłopoty mogą się nauczyć jak to robić od Mistrza Moy, od Tenzina, mnicha Ajahna Brahm na przykład.  Tzn ja takich wspaniałych nauczycieli znam i dużo skorzystałam z ich wiedzy.
Kiedy już pozwoliłam sobie na wypłakanie wszystkich smutków, koleją rzeczy było ucieszenie się z wielu rzeczy. Najpierw na chwilę tylko bo okazało się, że to też nie takie proste. Na początku, trochę na siłę, pilnowałam się, żeby nie wpadać w kanał w rozpaczy, nie przyzwyczajać się, że jest smutno, że nieszczęście mnie spotkało, że ktoś mnie skrzywdził.
I udało się. 
Nauka Tenzina sprawdziła się w 100% .
Przyjęcie bólu, jakiegoś smutku, problemu, nie odpychanie go bo np. nie ma się co tak rozczulać, dzielnym trzeba być, powoduje, że samo przechodzi, znajdują się rozwiązania trudności, nieoczekiwanie coś pocieszy, coś rozraduje, nowy pomysł na życie się pojawi hehe.
Dzięki współczuciu otwiera się nasz umysł, otwiera się serce.
hehehe
Ja tak mam, więc mogę polecać, może jeszcze komuś się przyda taka umiejętność.
Tylko to nie jest takie hop siup. Czas i możliwość przyswojenia takiej wiedzy oczywiście zależy od tego jaką karmę się nazbierało, ile obciążeń i blokad się zgromadziło
Ale kiedy nachodzi mnie rezygnacja, poddać się chcę, przypominają mi się słowa instruktora Tai Chi, Carmen: mnie się udało, uda się i tobie, mnie zajęło to tyle czasu, tobie zajmie mniej albo więcej, ale rób to się w końcu uda.
Tak sobie pomyślałam, że tu ważne podjąć decyzję co się chce.
Jeśli się chce jechać na super wycieczkę to się w końcu na nią nazbiera.
Jeśli się chce być szczęśliwym, doskonałym, to w końcu znajdą się sposoby, żeby to osiągnąć.
Nie radzę uszczęśliwiać się cudzym kosztem albo doskonalić swój egoizm.
Ale decyzja należy do nas.
Jakiś czas temu dostałam w prezencie książkę: "Przebudzenie świetlistego umysłu"
hehehe to jakiś znak?!

środa, 19 sierpnia 2015

no cud.....

    Marcię zwolnili ze szpitala. Wyniki poprawiły się ogromnie przez ostatnie dni, więc dali lekarstwa do domu. Lekarza gastrologa polecili dobrać dobrego i na stałe, żeby się opiekował i sprawdzał regularnie.
Musi być też zrobione jeszcze jedno, obowiązkowe, przy tej dolegliwości, badanie. Ale to już zdecydowała zrobić za pieniądze w znieczuleniu. Taki luksus, niech ma, złożymy się. To już chyba będzie prezent pod choinkę ? hehehe Ale na pewno warto!
    Wczoraj nieoczekiwanie mieliśmy taki super humor. Wygląda na to, że przeczuwaliśmy, że jest się z czego cieszyć :-)
   Rozbawiły nas wspomnienia min. mojego szpitala, kiedy oprzytomniałam.
Podobno raz pokłóciłam się z siostrą, wręcz ją wyrzuciłam bo mi jeść nie chciała dać. Karmiono mnie strzykawką do żołądka ale troszkę popróbowałam czekolady na gorąco i serka homogenizowanego. Tak mnie zachwyciły te smaki, że dopominałam się o to, kiedy tylko ktoś z rodziny przyszedł. Lekarze zabronili mi jeść normalnie, dziura w gardle czyli tracheotomia stwarzała niebezpieczeństwo zachłyśnięcia. Sistra miała rację, że mi nie dawała, ale ja byłam jakby w szale. Siostra wyszła spłakana. Dopiero na drugi dzień, córka mi powiedziała co zrobiłam i kazała przepraszać biedną Mycię. Oczywiście gorąco przepraszałam. Nigdy nie sądziłam, że będę się wykłócała o jedzenie.
O papierosa to tak, ale o czekoladę ?!
   Po jakimś czasie stało się to przed czym ostrzegali. Mało się nie udusiłam. Już czułam, że to koniec, oczy mi wylazły z orbit. Na szczęście zdążyli z reanimacją. łoj. To jest wspomnienie..
    Moim dzieciom najbardziej zostało w pamięci jak zaczęłam się podnosić, wstawać, chodzić. Podobno poszło z tym bardzo szybko. Miałam taką determinację, że kto tylko przyszedł musiał ze mną chodzić. Najpierw nawet dwie osoby trzymały, żebym ustać mogła. Ale zaraz chodziliśmy, a potem chodziłam po schodach. To było najtrudniejsze, najcięższe, najbardziej męczące ale jak tylko przychodził mój syn, łaził ze mną tam i z powrotem. I tak od schodka do schodka, ruszyłam....
Któregoś dnia, mój syn zażartował: jak wejdziesz na drugie piętro kupię Ci coś tam.... do jedzenia w każdym razie. Mogłam już jeść, tylko po troszku, więc ciągle byłam nienażarta. Wizja jedzenia dodała mi skrzydeł i weszłam. Jeszcze wczoraj mój syn był zaskoczony. hehehe
Na drugi dzień niestety nie dałam rady, ale za parę dni to była już moja norma. Co prawda na pół dnia miałam zajęcie ale ogromnie mnie to wzmocniło. Dzięki temu mogłam wychodzić na dwór, zejść z pierwszego piętra z domu.
     To ja byłam taka dzielna???
     Najwyraźniej to jest moja prawdziwa natura!!! hehehe
Śmiechu do łez dostarczył syn. Na szczęście ze swoich głupotek to i On się śmieje, a to znak, że to wesoły chłopak a nie idiota i zdaje sobie sprawę co robi w dużej mierze ;-)
     Tak, mam się z czego cieszyć!


Każdy ma swojego Anioła :-D

  Gastroskopia wykazała, że żołądek Marci czysty. Hurra. Szukają dalej. łoj.

   Wczoraj zawiozłam do NFZ papiery z przychodni do sanatorium. Wchodzę na tą salę, a tam tłum ludzi czeka, w różnych sprawach co prawda, ale do mojego okienka czekało dwadzieścia osób. No nie, cały dzień tu nie będę czekała, pomyślałam. W dwie godziny jeśli się nie dostanę to idę.
    Czterdzieści minut minęło i zostałam przyjęta. Pani papiery kazała wrzucić do skrzynki i szykować się na wyjazd. Myślałam, ze ona tak z uprzejmości powiedziała po prostu.
Dokończyła wypowiedź: w ciągu półtora miesiąca dostanę skierowanie i wyjeżdżam.
Mowę mi odjęło.
    Rano przesłałyśmy sobie z koleżanką wirtualne uściski. Rzadko się widujemy, pogadać nie ma kiedy i nawet Jej nie wspomniałam, że idę w takiej sprawie. Zresztą, sama nie wierzyłam, że coś załatwię. Kiedy dostałam taką radosną nowinę, od razu pomyślałam, że farta mi przyniosła.
Zaczęły mi się przypominać historie w których dzięki Niej wydarzyło mi się coś dobrego, co mnie podtrzymało na duchu, wsparło w ciężkich chwilach. I to wcale nie dla tego, że tak mi mądrze poradziła, albo tak mądrze zadziałała ;-) Po prostu była ze mną w ciężkich chwilach, w rozpaczy, a ostatnio blisko śmierci.
   Pierwsze dobre co mi się przypomniało to dała mi papierosa zapalić. hehe
 Postanowiłam rzucić palenie i nawet trochę już sobie radziłam z nałogiem ale właśnie przytrafiła mi się jakaś tragedia, byłam w rozpaczy. Poprosiłam Ją o fajkę. Popatrzyła na mnie, pamiętam jak dziś, i mówi: nie powinnam. Ale dała. Inaczej to oszalałabym. Widocznie miałam coś takiego w oczach hehe
Teraz zrozumiałam, to mój Anioł Stróż.
Od tamtej chwili opiekuje się mną, nie materialnie ale dba o moją duszę, o moje serce.
Dzięki Jej opiece nie zwariowałam wtedy. Potem nie raz poszła ze mną na balety. Mogłam u Niej zanocować, żebym nie była sama.
Ciekawe, czy Ona to też tak widzi? Może Ona jest w ogóle serdeczna dla ludzi? na pewno! ale dla mnie szczególnie, wiem, nikt taki pokręcony Jej się nie trafił
Tutaj jest człowiekiem, ma ludzkie problemy, trudności, ale mam nadzieję, że boskie radości. hehehe.
W każdym razie, za to współczucie droga do Nieba stoi dla Niej otworem.


   

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Poniedziałek

     Dzisiaj pojechał do szpitala również mój syn. Postanowił odwiedzić i pocieszyć siostrę. Przy tej okazji mieliśmy czas pogadać od serca. Ciekawych rzeczy się dowiedziałam, ale i On o parę spraw zapytał, min. o moją depresję i czy tęsknię za mężem, czyli za Jego ojcem??
    Jeszcze jakiś czas temu pewnie bym się rozryczała ale dziś, o dziwo, stwierdziłam, że to druga najlepsza moja decyzja w życiu. Czas pokazał, że nic nie znaczę dla Niego. I w końcu się z tym pogodziłam.
Trzeba było to zrobić dziesięć lat temu.
A może taka cena była za tą mądrość co ją teraz mam. hehehe
Tam na Górze to mają poczucie humoru, ubaw ze mnie był po pachy.
Chociaż Ci co mnie znają dłużej twierdzą, że też mam takie złośliwe poczucie humoru czasem.
Tu się sprawdza przysłowie: kto mieczem wojuje od miecza ginie.
Mało nie zginęłam, to prawda.. ;-)
Syn twierdzi, że wcale nie wiszę kalafiorem nikomu, mąż gotowy do pomocy.
Od tej strony patrząc, dobry jest dla nas.
Ale ja chcę być wyjątkowa, najwspanialsza, najlepsza i JEDYNA, mówię.
Taką mam egoistyczną zachciankę.
Ale gorsze wady ludzie mają, hehe.
Tego pragnę, tego chcę, ale fajna jestem to chyba mogę mieć taki kaprys i go spełnić? pytam
Mój syn na to: noo, tak!
i uściskał mnie serdecznie
hehehe

Kolejna niespodzianka czekała na mnie w przychodni. Zadzwonili, że jakiś papiery są odebrania.
Kilka dni temu dostałam list dotyczący uzupełnienia dokumentów do sanatorium. Papiery pierwsze składałam ze dwa lata temu więc na temat zbierania zaświadczeń od lekarzy itp. zrobiło mi się słabo. Uznałam,  że nie zrobię tego bo nie pamiętam, nie wiem co mam zanieść. Trudno.
Okazało się, że takie pismo dostali w przychodni i moja doktor przygotowała komplet dokumentów.
iiiiiii
Jutro złożę.
Ciekawe, jaki termin mi przyznają.
Kiedy dostałam sanatorium miałam numer dwa tysiące osiemset któryś mniej więcej hehehe

A reszta do kitu. W szpitalu wymyślają co rusz nowe badania. Końca nie widać.
Marcia smutna
Ja zmartwiona.
Nadzieja w tym, że pomogą
Z pociągu .....


O, przypomniało mi się, napisali do mnie ze Stowarzyszenia "wspólnymi siłami", to miło, bo przykro mi już było, że nie chcą skorzystać z propozycji.
Myślę, że powoli coś się ciekawego i dobrego dla nich rozkręci. :-D