środa, 24 lutego 2016

Kiciuś śpi


Człowiek przesypia średnio jedną trzecią swojego życia. W przypadku kota taka ilość czasu nie wystarczyłaby nawet na krótką drzemkę, o porządnym wyspaniu się już nawet nie wspominając.. Sen jest dla kotów filarem ich egzystencji,ich głównym zajęciem, a w przypadku niektórych osobników - niemalże jedynym (inne czynności występują w znikomych ilościach, a głównym stanem umysłu takiego kota jest odpoczynek, to bardzo wyluzowany typ kota - śpi przez większą część doby, resztę czasu odpoczywa).Z jednej strony koty przykładają dużą wagę do wyboru miejsca na swój odpoczynek. Jak głosi pewna maksyma: "Jeśli szukasz najwygodniejszego miejsca w domu, poszukaj kota. Z drugiej jednak strony wygoda to nie jedyne kryterium, a przeciętny kot jest w stanie zasnąć w praktycznie dowolnym miejscu. Na przykład na pralce.Albo na kaloryferze, wciskając się w tą wąską szczelinę pod parapetem.Lub na monitorze. Nie chodzi tu o nowe, płaskie monitory, na których ciężko jest nawet na momencik sobie przysiąść, ale o te stare, dobre, na których można się porządnie wyciągnąć, a nawet na nie załatwić, jeśli zajdzie taka konieczność.Spokojnie można się wyspać na klawiaturze komputera, na dużym zegarze ściennym czy w doniczce.

Cytat z "Jak wytresować kota?"

Polecam tą książkę tym co lubią koty, tym co lubią koty i mają oraz tym co lubią koty i mają. Na pewno ubawią się setnie czytając o tych sierściuchach.

Ja wychowałam się z kotami i te stworzenia są przy mnie do teraz, Żyć bez nich nie mogę :-D


niedziela, 21 lutego 2016

Powiew wiosny...

      Poczułam już wiosenne klimaty na całego. Naoglądałam się zdjęć kwiatuszków czy wychodzących z ziemi roślinek, rozsłonecznionych wesoło lasów i mnie wzięło. 
Tak sobie pomyślałam, że pofilcuję i zrobię stworki podobne do motylków, żuczków, myszek, pszczółek, pajączków itp. 
Podstawą na razie są przepołowione bombki (bo mi zostały po Bożym Narodzeniu) i otrzymane od koleżanki resztki z jakiejś zabawki.
Dając mi to pół roku temu, powiedziała: na pewno coś z tego zrobisz, na pewno ci się przyda. hehe

      

I olśniło mnie co zrobić.
Pierwszy powstał jakiś owad, nie wiem jaki, ale śmieszny :-D


Króliczek


Marcia zrobiła mi żabkę. Ja filcowałam zielone kółka a Ona połączyła, bo mi zabrakło fantazji co ma być.


      Zrobiłam jeszcze dwa dziwaki, ale zupełnie nic nie przypominają i mam nadzieję, że mnie olśni i dodam coś co nada im charakter i będzie można pokazać.
Z bombek będę robić żuczki albo pajączki z pręcikowymi kończynami.
     Ze styropianowych jajek zrobię kurczaczka, zajączka filcowanego, to będzie świątecznie.
Kilka przekroję i będą urocze myszki. 
Oczywiście, obowiązkowo jaja ozdobię ducoupage, bo uwielbiam tą pracę i mam motylki, kwiatuszki, ptaszki, wyrwane już z serwetek w sanatorium hehe


Jakiś czas wspieram Stowarzyszenie "Wspólnymi siłami". Wiele osób to wie i od dawna wspiera ich razem ze mną. 
Gdyby ktoś mógł przekazać im 1% to bardzo proszę, oto dane:



Stowarzyszenie "Wspólnymi Siłami" (potocznie zwane Domem Samotnej Matki)
Drodzy Państwo jak co roku zwracamy się z prośbą o przekazanie dla nas 1% z podatku, KRS: 0000218573

Taką wiadomość zamieścili na facebooku

czwartek, 18 lutego 2016

Sweter

  
 Jeszcze na jesieni dostałam piękną, puchatą wełnę. Była taka ładna, że nie miałam śmiałości z niej robić, żeby nie zmarnować. Szkoda mi było. Ale w końcu się zabrałam za grube druty,
 chyba nr 6. Obmyśliłam, że zrobię prosto, bez przybierania oczek bo nie umiem, myli mi się. Ściągacz na dole dorobiłam na końcu, nabrałam oczka na połączonym przodzie z tyłem. Rękawy są w miarę obcisłe do łokcia a potem zwiększyłam dwukrotnie oczka i zrobił się wystarczająco duży obwód aby połączyć je z korpusem. Głównym ściegiem jest pojedynczy ryż.
Tym sposobem jestem właścicielką moherowego, miluśkiego, cieplutkiego sweterka, białego z bardzo delikatnymi odcieniami zielonego, różowego.
Kto by pomyślał.
Pierwszy sweter, który zrobiłam od początku do końca.
Nawet zeszyłam go sama. Korzystając z tego, że bardzo duży włos ma wełna i w związku z tym nie widać jak jest zeszyte, połączyłam części szydełkiem czyli robiąc półsłupki. 
Nie umiem nawlec igły więc zawsze prosiłam o pomoc koleżankę a tym razem poradziłam sobie.
Jestem z siebie dumna, że wpadłam na taki pomysł.
Już neurolog po rozmowie ze mną o różnych sprawach powiedziała z szerokim uśmiechem, że nie jest ze mną tak źle...
Okazuje się, że miała rację.
hehehe
   




Ze szczęścia, nie mogłam się oprzeć i kupiłam parę taśm do ozdabiania, bo takie śliczne.
Koleżanka już zauważyła, że jajka będą pięknie udekorowane. hehe
No to już zabieram się za decoupage na jajkach i inne ozdoby świąteczne


Po takich wydatkach obiadu dziś nie będzie hehehe


Taki cel to warto mieć. Przynosi ogromną radochę. :-D

poniedziałek, 15 lutego 2016

Utworzenie AK

     "W każdej grupie kiedy widzisz tam cel, ten cel związany ze wspólnymi wartościami - z tego nigdy nie powinno się rezygnować"

Tak się cieszę, że mi o tym przypomniano.
W nowej siedzibie Stowarzyszenia Taoistycznego Tai Chi robimy prace wykończeniowe, układamy, segregujemy, porządkujemy. Tworzymy miłą atmosferę równowagi i spokoju, propagując kulturę chińską bo o to prosił Mistrz Moy, twórca Stowarzyszenia.
Instruktorka zachęcała, żeby przyjść, dołączyć się do tych prac. Ujęło mnie stwierdzenie, że każda para rąk się przyda, nawet lewych, hehe. No to przyszłam. Jestem ogromnie wdzięczna instruktorce za te słowa, dzięki temu odważyłam się przyjść na wolontariat. Do tej pory sądziłam, że na nic się nie przydam więc moja obecność jest zbyteczna. A tu okazało się, że coś zamiotłam, coś podałam, coś przytrzymałam.
A przede wszystkim uzmysłowiłam sobie jak wiele zawdzięczam Stowarzyszeniu. Dzięki ludziom, którzy dbają i troszczą się o to miejsce, miałam gdzie przyjść, nie wstydziłam się kalectwa, depresji.
Znalazłam tu ukojenie ćwicząc i spokój będąc wśród życzliwych ludzi.
Najważniejsze, że Tai Chi Mistrza Moy postawiło mnie na nogi, sama chodzę i wierzę w to, że ćwiczenia te nastawią źle zrośnięte biodra.
Tak więc mam cel aby Stowarzyszenie Taoistycznego Tai Chi istniało, bo może ktoś znajdzie tam pomoc.
Przy okazji porządków znalazło się jeszcze trochę rzeczy przydatnych dla Stowarzyszenia "Wspólnymi siłami" zwane Domem Samotnej Matki. Np. dostałam patelnie, tostery, żarówki hehe
Pomoc tym kobietom też jest moim celem. Nie jestem bogata, ani nie mogę wiele zdziałać ale dzięki znajomej, która mnie namówiła, żeby się nie wstydzić tylko mówić o tym ośrodku innym, rozkręciłam lawinę życzliwości. Co chwila słyszę, że ktoś przekazał im a to rzeczy, a to meble, a to jedzenie, a to środki czystości.
Niedawno, koleżanka ze swoimi znajomymi zrobiła mega zbiórkę pieniędzy i rzeczy.
Ostatnio serdeczna znajoma oprócz rzeczy dla dzieci przywiozła zawekowane mięsko, które zrobiła specjalnie jej mama :-D
Inna znajoma wymienia meble, więc to co niezniszczone zawiezie do ośrodka.
A tu ciekawostka, okazało się, że mieszkała kiedyś na Kole na tej samej ulicy co ja :-D
A poznałyśmy się teraz, w zupełne innym miejscu, w niezwykłych okolicznościach.
Co prawda miałam się zająć zdobywaniem sponsorów, firm, ale na razie jestem w stanie tylko ludziom o "samotnych matkach" mówić, ale też okazuje się to bardzo przydatne.
Ludzie chętnie pomagają tylko muszą wiedzieć komu i co, to potrzebne.

Tak sobie myślę, że mam ogromne szczęście, że tyle wspaniałych ludzi jest wokół mnie.
Wspaniałych bo życzliwych, serdecznych dla ludzi dla zwierzaków.
Wszystkim przyniosę szczęście i ja  :-)

"Nie powinno się też rezygnować z indywidualnego celu. Robisz to inaczej. Może wyjdzie ci lepiej jeśli zrobisz to inaczej"
Indywidualne cele określają człowieka.
Ktoś chce osiągnąć to, a ktoś co innego, a już jaką to przyniesie korzyść i kiedy, to już inna sprawa. O dziwo, przynosi to pożytek innym, czasem w zaskakujący sposób.
Ale przede wszystkim, pokazuje to oblicze człowieka. Dzięki temu wiadomo jacy ludzie nam potrzebni do szczęśliwego życia. Co nas rozwija, co nas wzmacnia.
Dzięki takiej wiedzy można podjąć decyzję, czy z takim człowiekiem się zadawać.
Świadoma decyzja pozwoli uniknąć rozczarowań, żalów, pretensji nie wiadomo do kogo.
Przypomniała mi się nauka, że warto dbać i troszczyć się o różne rzeczy i ludzi ale ze świadomością, że mogą jednak ulec zniszczeniu, mogą odejść.

Uch, to dopiero sztuka..... :-)

"Jest tak wiele rzeczy, których ludzie nie potrafią kochać i którymi nie potrafią się cieszyć"
O, ja to się szkolę w tej umiejętności. Całkiem nieźle mi idzie hehe Zwłaszcza cieszą mnie manualne zdolności znajomych na blogu :-)
Dzięki temu, że zauważa się dobre rzeczy, nie jest się takim smutnym.


Ważne, żeby nie utracić motywacji do kochania, działania, pomagania... "
Cyt.



Emotikon grin




czwartek, 11 lutego 2016

Neurolog



Spędziłam pół dnia w szpitalu u neurologa, ale to był bardzo miły czas. Przyniosłam rezonans magnetyczny kręgosłupa szyjnego. Bardzo powykrzywiany ten kawałek, stąd boleści i drętwienie rąk, ale operacja nie będzie konieczna. Dostałam skierowanie na kolejną rehabilitację, Hura ! 
Co prawda czas oczekiwania około rok, ale nic to. Mam tyle rzeczy do nastawienia, że co parę miesięcy idę na jakieś zabiegi. A co najważniejsze, ćwiczę tai chi. Lekarze bardzo mnie za to chwalą i gorąco zachęcają, żeby w miarę możliwości nie odpuszczać, bo ćwiczenia są gwarancją sukcesu wszystkich innych zabiegów. 
Przede wszystkim doceniam taoistyczne tai chi za zmuszenie płuc do głębokiego oddychania :-D
Dzięki temu dotleniony jest mózg, więc lepiej myśli, dotlenione są wszystkie komórki i dzięki temu jest więcej siły i przede wszystkim uwalniany jest stres. 
Wierzę też, że dzięki delikatnym obrotom i rozciąganiu leczy się uszkodzony kręgosłup, więc wracam co i rusz do robienia donju. Co prawda nie jestem w stanie robić 30 niskich donju ale ile mogę i jak mogę to robię. Tu musi wystarczyć intencja hehe na razie .
Na stare lata, jeszcze zatańczę oberka, jak nic hehe  
Na razie dostałam silne leki przeciwbólowe, uj, zamiast tych przepisanych przez ortopedę. Dobrze, że w ogóle coś przynosi ulgę. 
Z żalem stwierdzam, że wiosna przestaje być moją ulubioną porą roku, ta wilgoć mnie dobija.
Może to zresztą chwilowa niechęć ? !
Jak kupię nowe baterie do aparatu i zacznę robić zdjęcia, świat stanie się piękniejszy.
Muszę nauczyć się własnymi oczami patrzeć tylko na ładne rzeczy :-D 

Kupiłam sobie jakiś czas temu kwitnącego grudnia. Ale już nie kwitnie. Nie chcą też kwitnąć pozostałe grudnie w domu. A to przecież pora.
Za to fuksja zakwitła jednym kwiatuszkiem.
 Takie to dziwy u mnie :-D



czwartek, 4 lutego 2016

Dedykuję..


.....nauczycielowi BON, Tenzinowi, który pomógł mi odzyskać duszę
i wszystkim ludziom !


     Po ostatnim poście, w komentarzu, koleżanka napisała, że jestem niesamowita. Oczywiście lubi mnie, pomaga mi robić ładne rzeczy np. decoupage,  jest świadkiem mojego zdrowienia i namówiła do pisania bloga, to jasne, ale....
Przypomniała mi tym określeniem, człowieka, który mi opowiadał jakieś niestworzone historie o ludziach, którzy byli w śpiączce. Śmiałam się z tego,  jaka ja tam wyjątkowa. Teraz wspominając wszystko co mi się przytrafiło przez ostatnich pięć lat, uważam, że przepowiedział mi przyszłość.

Odmieniłam się.

 Osiągnęłam kolosalne postępy w rozwoju duchowym, psychicznym, fizycznym.

I pomyśleć, że trzy lata temu, nie miałam siły aparatu fotograficznego, utrzymać w ręku, ba nawet nie miałam siły wycisnąć PINu w bankomacie hehe 

Może to być już koniec takich sukcesów bo zrobiły się nieodwracalne szkody w moim organizmie, ale i tak jestem stawiana za wzór przez lekarzy a w Kościele za cud


i kurcze, coś w tym może być

aż kot oko otworzył...














Straszne rzeczy jeszcze mogą się przytrafić.
Jeśli nagle nie będę mogła robić takich pięknych zdjęć bo mi urwie rękę.
Ale z drugiej strony, może to być przymus do ćwiczenia innych doskonałości.
Źle jest wpaść w rutynę bo nie cieszy albo przyzwyczaić się bo przez to się cierpi, lęk przed stratą.
A tak, znajdę sobie coś nowego, też satysfakcjonującego,
może nawet jeszcze bardziej... !

No takiego podejścia do życia to sama sobie zazdroszczę...... hehehehe


Sanatorium mnie zahartowało.
Najbardziej bałam się samotności, tam się z tym zmierzyłam i wygrałam.
To nie znaczy, że polubiłam.

Teraz już wierzę, że człowiek dostaje to co dla niego najlepsze.
Nie trzeba się bać.
Wszystko co złe może się przytrafić ale i wszystko co DOBRE
Czasem nawet trudno odróżnić jedno od drugiego hehehe

wtorek, 2 lutego 2016

Luty


      Ostatnio serce mi się rwało i umknęły mi z pamięci sukcesy zdrowotne. Ale nowy miesiąc rozpoczął się orzeźwiająco i dużo dobrego sobie przypomniałam.
     Pogoda jest wiosenna więc w kościach zaczęło jeszcze bardziej boleć. Poszłam do ortopedy po pomoc. Ten zaproponował nowy, silny lek ale zmartwił się czy ja w ogóle po tylu lekach jestem w stanie brać kolejny. Zrobiłam badanie wątroby i okazało się, że zdrowa !!! Mimo brania leków przeróżnych od tak długiego czasu nie uszkodziłam wątroby.
A to cud i wielka radość bo wiadomo, że wątroba się nie regeneruje więc uszkodzenia pozostają na całe życie. 
Nowe leki nie pomagają, to trzeba odstawić, po co narażać wątrobę bez potrzeby.
Zresztą od dawna ortopeda widzi ratunek tylko w rehabilitacji. Nawet operacja nie jest zapewnieniem  lepszej sprawności ruchowej.
A niebawem mam termin wizyty u neurologa, ciekawe co wynika z rezonansu kręgosłupa szyjnego?

    Ponieważ moi rodzice mieli raka, profilaktycznie lekarz kazał i mi się przebadać bo podobno mogę być genetycznie podatna. Okazało się, że nie mam komórek rakowych, na szczęście. A wiadomo, że rak to choroba cywilizacyjna min. od stresu. A ja żyłam w stresie, w depresji długo więc bałam się tym bardziej, że mnie to dopadnie.

    Pełnię szczęścia daje fakt, że zawsze miałam duże serce a teraz, ludzie mówią, mam wielkie ! serce.

    Dla mnie najważniejsze jest, że ogromnie zmądrzałam !

   Może to od orzechów, które dziadek kazał jeść, może od kota, który prze jakiś czas spał mi na głowie, a wiadomo, że kot się kładzie na chore miejsca :-D, może od leków na pamięć i koncentrację?
Ale sądzę, że spełniły się życzenia zdrowia wielu ludzi! Nie mówił nikt, ale wiadomo, że zdrowia psychicznego też hehe

    Wczoraj idąc ulicą taki oto plakat piwa przykuł moją uwagę 

I bardzo mnie to hasło ucieszyło :-D
Już od dawna z przestraszonego zwierzątka stałam się człowiekiem, a teraz w dodatku okazuje się, że   jestem kobietą, jakoś umknął mi ten fakt, a to przecież wspaniała sprawa !

Wiara w siebie i miłość do siebie sprawiły, że nie planuje za dużo, nie spędzam czasu na myśleniu co ja chcę tylko zauważam co dobrego się dzieje wokół mnie. Robię fajne rzeczy, np. teraz planuję ozdoby na Wielkanoc i życie stało się piękne......

Od jakiegoś czasu przynoszę szczęście. Mój syn, na takie stwierdzenie, kiwał tylko głową bo spotykały Go różne nieprzyjemności, aż w końcu dostał wymarzoną pracę. Teraz już zapewnia wyszczerzony w radosnym uśmiechu, że to prawda.

Oczywiście żremy się czasem okrutnie. Zachowuje się czasem znajomo, niefajnie i wówczas wściekam się. Ale ostro zwracam na to uwagę, może w końcu zauważy, że nawet w jaki sposób się mówi i co konkretnie, ma znaczenie.
Narazie to słyszę tylko, że źle zrozumiałam.
A nie wie jeszcze, że to On źle powiedział .

Ale w końcu to pojmie. W końcu geny ma też po mnie,  :-D mądrości i miłości. W końcu rozbłyśnie czystym, doskonałym światłem. Zwłaszcza, że On tego chce, a wiadomo, że intencja jest ważna i dlatego w końcu to odkryje.

niedziela, 31 stycznia 2016

Poezja

     Od dłuższego czau "chodzi za mną" piosenka Agnieszki Osieckiej "Białe zeszyty"
W dodatku usłyszałam w telewizji jak śpiewa ją Magda Umer. Bardzo się wzruszyłam.
Tym bardziej, że myślałam kiedyś, że to taka licentia poetica a okazuje się, że takie historie się zdarzają.
..............

A On był dla niej jak młody Bóg 
Żebyż on jeszcze kochać mógł...

---------Posłuchaj niewierny kochanku 
Co nienawidzisz poranków 
Wróci do Ciebie jeszcze ta trumna 
Gdzie leży Twoja kochanka dumna 
Bo taki co kochać nie umie 
Przegra choć wszystko rozumie 
Bóg Cię pokaże swą nieczułością 
Za to żeś gardził ludzką miłością 

 To tylko poezja

I ciekawe, czemu akurat teraz przypomniała mi się ta piosenka?








PS. Bardzo proszę nie komentować tego publicznie.

Pozdrawiam

sobota, 30 stycznia 2016

A może Święto Cioci ? :-)

   Jak świętować to świętować :-D
   Po szpitalu zamieszkałam u swojej mamy gdzie były też siostra z córeczką. Dzięki temu, oprócz całodobowej opieki dorosłych, umilała mi życie mała dziewczynka.
Przychodziła rano do mojego łóżka pytać jak się czuję, głaskała po głowie, po rączce, dawała buziaka.
Kiedy zaczęłam lepiej chodzić, wychodziłyśmy razem na spacery.  Siostra w jednej ręce trzymała mnie a w drugiej, córkę hehe. Nawet wtedy nie mogłam nadążyć kiedy Miki przyspieszała.  Nieraz mała odbiegła bo coś Ją zaciekawiło i siostra wpadała w panikę czy biec za Nią, czy trzymać mnie. Na ogół stawiała mnie przy drzewie i goniła za Misią wrzeszcząc : stój., hehe
Bardzo się zżyłyśmy. Miki nauczyła się dbać o mnie, troszczyć, opiekować. Jeszcze bardziej mnie pokochała, a ja Ją. Do tego stopnia, że kiedy pojechałyśmy do Włoch, Misia mnie oprowadzała po domu, tłumaczyła co mówią Włosi, a Włochom tłumaczyła co mówię ja.
Miło, że zadbała o to, żebym wiedziała co się dzieje i nie czuła się samotna.
Po jakimś czasie znów zamieszkałam na Kole. Tym razem siostrą i z dwójką Jej dzieciaczków.
Najpierw wychodziłam na spacery z dzieckiem w wózku, żeby odciążyć siostrę. Wózek był bezpieczny dla mnie bo się trzymałam, nie przewracałam i dziecko z wózka mi nie uciekło. Bardzo dobre ćwiczenie.

Potem zabierałam Miki do mnie, pogłaskać kotki i odwiedzić babcię.



Namówiona przez moją Marcię, zachęcałam dzieci do słuchania bajek, do rysowania. Miki była bardzo zainteresowana. Podobało Jej się to i szybko przestała gapić się tylko w telewizor ale robiła piękne rysunki i sama opowiadała wymyślone bajki.
Ze Stasiem było gorzej. Nudziły Go takie zajęcia. Generalnie psocił, bił, psuł. Córka prosiła, żeby się nie zrażać.  Małymi kroczkami, powolutku wdrożyłam malucha do rysowania, do słuchania.
Na początku sukcesem było jak Stasio kreskę czy kółeczko narysował naśladując mnie.
Przede wszystkim był to mój sukces bo miałam niesprawne ręce :-D
Po niedługim czasie, Stasio zrobił kolejny postęp, zaczął kolorować kwadraty, prostokąty itp.
Maluchowi tak się podobały zajęcia, że zaczął tylko mnie wołać. "Ciocia" to było jedno z czterech słów, które w ogóle mówił po polsku.
A raz zawołał: ciocia i ktoś zażartował : moja ciocia
A On na to oburzony, krzyknął: Stasia.
Wszystkich zatkało.
Pierwszy i ostatni raz powiedział swoje polskie imię.
Takie imię dostał po moim dziadku, bardzo o to prosiłam siostrę.
Pierwsze dziecko miało być Stasio, ale okazało się niespodziewanie, że to dziewczynka.
Przy drugiej ciąży, znów chciałam Stasia. Na co moja siostra się śmiała: już Ci tu jeden Stasio biega.. Teraz Stasio mówi trochę po włosku i tylko włoskie imię.
Nie szkodzi, ja mówię polskie imię :-D

Mała Miki płakała często z tęsknoty za domem sardyńskim, za tatą. Siostra się irytowała i krzyczała bo sama tęskniła i była przemęczona.
Chcąc je obie rozweselić, umilić czas oczekiwania na powrót taty/męża z delegacji, zajmowałam się maluchami ile mogłam. Zabierałam na spacery na zmianę raz jedno, raz drugie, czytałam, rysowałam, bawiłam się.
Moja siostra się śmiała i mówiła: do swoich dzieci to Ty nie miałaś tyle cierpliwości.

To prawda.

Inaczej jest się zajmować przez parę godzin, a inaczej cały czas mieć wszystko na głowie.

Teraz dzieci mnie uwielbiają, a ja je. Tęsknie za nimi, ale cieszę się, że są szczęśliwe w swoim domu.

Wyjątkowe ciocie się zdarzają. Też taką miałam. W przedszkolu mówiłam, że mam dwie mamy: jedną od ubierania, a drugą od kochania.
Ta od kochania to ciocia właśnie.
Długo tak pozostawało, dopiero po 30 latach poróżniłyśmy się i to dość poważnie.
Ale nigdy nie zapomnę, że była taka dobra dla mnie.
Mam nadzieję, że Ona gdzieś tam czuje, że wdzięczna jestem, że była przy mnie :-D



wtorek, 26 stycznia 2016

Będę znów świętować....

        Dzień Babci i Dziadka :-D
Mogę już spokojnie powspominać najukochańsze dla mnie osoby. Teraz zastępują ich w kochaniu mnie moje dzieci.Ale przez wiele lat nie mogłam przeboleć ich utraty. Teraz już cieszę się, że mają lepiej.  Żyli w ciężkich, okrutnych czasach a mieli dla mnie tyle miłości i mądrości.
Właśnie myślałam sobie co tak najbardziej było dla mnie cenne.  Generalnie wszystko co robili dla mnie było wspaniałe.
Pamiętam jak dziadek gruszki pierwsze zbierał i trzymał pod poduszką, żeby dojrzały, żebym mogła pojeść jak przyjadę na niedzielę. Zbierał też orzechy dla mnie. Kiedy złamałam nogę w drugiej klasie, woził mnie na taczce do szkoły, żebym nie straciła roku, bo nie chciało się goić a samochodu nikt nie miał więc byłam uziemiona na długo. Ale też pilnował, żebym czytała codziennie, taką podpórkę na książkę zrobił, żeby mi było wygodnie. Nauczył mnie tabliczki mnożenia. Śmiał się,  że będę miała pamiątkę po dziadku. I mam :-)
Babcia była bardziej zapracowana w domu więc kiedy byłam mała dziadek mnie często zabierał na spacery, do znajomych, żebym się nie nudziła i nie psociła, a i byłam jego chlubą więc się mną chwalił troszkę ;-) I co roku w Boże Narodzenie jeździliśmy na Miodową obejrzeć szopkę, taka była wyjątkowa (jak na tamte czasy).
Lubłam też być z babcią. Nauczyła mnie kochać prace ogrodowe, oprócz pielenia, ale też to robiłam z miłości do Niej. Zabierała mnie raz w miesiącu na Stare Miasto popatrzeć na kryształy na wyroby ze złota i takie tam cuda. Jeździłam z Nią na cmentarz, zapalić światełko pradziadkom. Najwięcej czasu spędzałam bawiąc się plastykowymi żołnierzykami. Babcia miała chałupnictwo i taką wielką maszynę do wyciskania wojska. To była ciężka robota, czasem syn Jej pomagał bo to silny chłop. Długo to robiła, a potem tylko gradowała czyli obcinała nierówności więc zabawy miałam i to nie tylko z ustawianiem równych szeregów ale poznawałam umundurowanie historyczne Wojska Polskiego.
Kiedy już przyjeżdżałam tylko na niedzielę jak inne wnuki, czekało na nas ciasto. Zachwycaliśmy się strasznie a babcia śmiała się i mówiła: smakuje wam?, to dobrze bo to nic takiego, taki pagajec...
I tak sobie myślę, że dodawała do niej wyjątkowej, cennej przyprawy: serca.
W dobie gdzie kupić można super wypieki, to ja tym bardziej muszę się nauczyć dodawać tego niepowtarzalnego składnika.
Muszę się już przygotowywać do babciowania.
Muszę nauczyć się w ogóle piec ciasto i to nie z torebki tylko takie moje.
Muszę usprawnić ręce, żeby nie bać się przytulić malucha.
Muszę rehabilitować nogi, żeby móc chodzić na spacery.
Muszę bo bardzo chcę, bo wiem, że dziecku trzeba poświęcać dużo czasu. I trzeba być cierpliwym.
A to akurat mam jakimś cudem
Bo to już te lata :-D
I mam nadzieję, że moje dzieci za jakiś czas założą rodziny.....

sobota, 23 stycznia 2016

No to jestem :-D

   Przeżyłam kolejny 21 stycznia. Tym razem tylko kicham i smarcze na potęgę ale pod kołderką leżę i oglądam TV. Skończył się Mentalista a zaczyna Madagaskar czyli wesoło całkiem...........



Na koniec Sherlock..... Powiało chłodem...
Ale przez cały dzień "tłucze" się po głowie piosenka

Jak po nocy przychodzi dzień
A po burzy spokój
Nagle ptaki budzą się
Budzą się do lotu

No i fajnie :-D


wtorek, 19 stycznia 2016

Czas


Zachwycający widok :-D uwieńczył 17 dzień miesiąca czyli dzień, w którym dzieją się niezwykłe rzeczy, przełomowe dla mnie, można powiedzieć. Tzn. nie w każdym miesiącu ale jak już, to akurat zdarzało się tak 17, albo blisko ;-). Niestety okrutne zazwyczaj. Chyba już wykorzystałam wszystkie straszności i teraz będą mnie spotykać bardzo miłe niespodzianki?
Wczoraj coś takiego zrobiłam co wprawiło mnie w taaakie szczęście, czyli stan ducha jakiego od dawna, ba, może nigdy (albo nie pamiętam) mi się nie zdarzył.
W każdym razie nie myślałam, że taki będzie efekt moich przedsięwzięć. A dziś jeszcze okazało się, że to co zrobiłam to przyniesie mi podwójną korzyść. To, że jedną to się spodziewałam, ale malutką, a tu się okazuje, że dwie i to ogromne :-D
Dziś na zajęciach spotkałam koleżankę, której nie widziałam parę miesięcy. Ogromnie się ucieszyłam na jej widok. Ona też lubi teatr :-D to może kiedyś wybierzemy się razem.
Powspominałyśmy dawne czasy, kiedy zaczynałam ćwiczyć po wypadku. Oj... Przypomniała mi się instruktorka u której dawno nie byłam na zajęciach bo za późno są i Ona ze wzruszeniem zauważyła moje postępy. Podobno jakieś 3 lata temu byłam przyprowadzana na zajęcia, stawiali mnie przy drążku i ja trzymając się robiłam jakieś 15 min. donju.
No nie powiem, sama nie mogę w to uwierzyć.
Wszyscy podziwiali, ba, podziwiają do dziś.

I to chyba nie jest wiara w siebie a raczej nie spinania się, nie starania się. W moim przypadku to kwestia braku oczekiwań. Po prostu nie spodziewałam się niczego, ja tylko robiłam coś żeby nie zwariować, żeby nie zdechnąć z rozpaczy. Na siłę często prowadzano mnie na zajęcia,  na spacer, do lekarzy. Odwiedzano mnie wspierając dobrym słowem, opowieściami o swoim życiu, czyli tak normalnie, udowadniając, że jestem potrzebna, że mnie lubią.... a ja chodziłam, słuchałam, płakałam czyli po prostu byłam.
Kap, kap.... wzruszyłam się...





sobota, 16 stycznia 2016

Styczeń


Styczeń to od kilku lat wyjątkowy miesiąc dla mnie. W tym roku zaskoczył mnie dobrą nowiną. Budzę się wczoraj rześka (pewnie dlatego, że była 12 ;-)), z nieodpartą chęcią umówienia rehabilitacji. Skierowanie dostałam przed świętami i z tej racji zaniedbałam zapisu. Nie wiedziałam gdzie to skierowanie wetknęłam i chęci za bardzo nie miałam, bo potocznie określone to było jako odrywanie mięsa od kości. Jakoś nie rwałam się na taki zabieg.
Coś mnie wykopało z łóżka, sięgnęłam do papierów i od razu wyciągnęłam skierowanie. Nie było już wykrętu, zadzwoniłam, żeby się umówić. Dostałam tylko trzy adresy przychodni od pana doktora bo tylko tam dobrze to robią. Dodzwoniłam się wreszcie i pani potwierdziła, że przyjmą mnie w... czerwcu.
No nic, dobre i to.
W ostatniej chwili coś mnie tknęło i powiedziałam datę z jaką wystawiono skierowanie.
Na co, usłyszałam, że dziś jest ostatni dzień, żeby się zapisać, tylko do dziś jest ono ważne.
No zatkało mnie.
Poleciałam na jakieś zadupie ale gorąco dziękując Bogu, że mnie tak olśniło.
Gdybym to przegapiła pewnie bym sobie darowała w ogóle bo dostać się znowu do lekarzy to długa droga.
Tak myślę, że mam jednak przeznaczone nie cierpieć za bardzo ;-) Pan doktor, przepisując mi takie zabiegi, wyraził wielką nadzieję, że to złagodzi ból a nawet znacznie ulży bez operacji.

Tak się zaczął wspaniały dzień.

Potem pojechałam do mamy bo mnie zaprosiła. Pierwszy raz od świąt się spotkałyśmy.
I o dziwo, rozmawiałyśmy jakoś po ludzku, a nawet serdecznie i jakoś tak... normalnie.
Dostałam elektryczny koc na stopy. I w dodatku, mama powiedziała, że jak go zobaczyła od razu o mnie pomyślała. No, no. Oczywiście w paru sprawach miałyśmy odmienne zdania, ale wyjątkowo, pośmiałyśmy się z tego.
Oby tak już zostało!!

Wracając do domu wstąpiłam do koleżanki, która też bardzo się zaangażowała w pomoc Stowarzyszeniu "wspólnymi siłami", żeby jej się zwierzyć, że znajomy z samochodem niestety nie może zawieść rzeczy. A tu oprócz poratowania transportem poznaję jeszcze kolejną serdeczną i pomocną osobę. Łza mi się zakręciła w oku jak usłyszałam ilu osób wspomogła. Da też środki chemiczne dla naszego stowarzyszenia.
Cudownie!!!
Tyle życzliwych, serdecznych ludzi jest wokół mnie, :-D

Kiedyś dowiedziałam się przy okazji, że koleżanka, z którą się teraz tak zżyłam dzięki 'samotnym matkom' chodziłam do tej samej szkoły, do PSIAKa hehe, (nomen omen, my kociary jesteśmy).
Już chyba nie ma tej szkoły ale są Ci co do niej chodzili.
Niesamowite, że to już druga osoba, z którą łączy mnie ... szkoła a poznajemy się teraz.

Reasumując, tak sobie myślę, że za rok w ten niezwykły miesiąc może wyjadę do..... Nowej Zelandii.
:-D

wtorek, 12 stycznia 2016

Sprostowanie

Sprostowanie
Przez pomyłkę zamieściłam prośbę o pomoc w imieniu Stowarzyszenie "Wspólnymi Siłami" (potocznie zwane Domem Samotnej Matki)a tę prośbę o opał śle inny dom "samotnej matki" z Białołęki. Jeśli można pomóc to im też.
Stowarzyszenie "Współnymi siłami" bardzo prosi o opał, jedzenie i inne rzeczy. Kontaktować się można pod numerem telefonu 667 922 802


Korzystając z okazji
Informuję, że uzbieraliśmy już rzeczy na kolejny transport. Mieliśmy już przygotowane rzeczy, zabawki, słodycze przed świętami ale nie mogliśmy zorganizować transportu, wszyscy zajęci. Teraz na dniach będzie miał kto zawieść przygotowane materiały więc można się jeszcze dołączyć.
Do końca tygodnia na pewno zbieramy jedzenie, środki czystości i inne przydatne rzeczy.

Jeśli koś ma ochotę to proszę o kontakt.

  
Zwracamy się z uprzejmą prośbą o nieodpłatne przekazanie opału w każdej postaci. Na chwilę obecną mamy ok. 400 kg węgla, co starczy nam na kilka dni palenia - napisała kilka dni temu pani Bożena, prowadząca na Białołęce Dom Samotnej Matki. W ośrodku znajduje się dziewięcioro dzieci. Najmłodsze ma 2 lata. 

Potrzebne jest właściwie wszystko. Od ciuszków dla maluchów, do jedzenia, choć jak podkreśla w rozmowie z WawaLove.pl pani Bożena, w tej chwili, ze względu na mrozy, najpilniejszy jest opał. 

"Zwykle jakoś sobie radzą"

Mieszkające tu kobiety, czasem bardzo młode, znalazły się w tym miejscu z różnych powodów. W swoich domach były bite lub poniżane. W niektórych przypadkach wyrzucane wraz z dziećmi z mieszkań. Same przystosowały budynek do potrzeb samotnych matek. W tej chwili czekają tu na mieszkania obiecane im przez władze dzielnicy. Niektóre ponad dwa lata.

Nasza rozmówczyni podkreśla, że zwykle jakoś sobie radzą, że czasem znajdzie się jakaś dobra osoba lub instytucja, która pomoże. Jednak teraz są w wyjątkowo trudnej sytuacji. 

Dom Samotnej Matki znajduje się przy ul. Skierdowskiej, w pobliżu Oczyszczalni Ścieków "Czajka". Jeśli ktoś chciałby pomóc, może skontaktować się bezpośrednio z panią Bożeną, pod numerem telefonu 665 013 298.

"Samotne matki" marzną


Zwracamy się z uprzejmą prośbą o nieodpłatne przekazanie opału w każdej postaci. Na chwilę obecną mamy ok. 400 kg węgla, co starczy nam na kilka dni palenia - napisała kilka dni temu pani Bożena, prowadząca na Białołęce Dom Samotnej Matki. W ośrodku znajduje się dziewięcioro dzieci. Najmłodsze ma 2 lata.


niedziela, 10 stycznia 2016

Postępy

No nie powiem, wzruszyłam się na widok ludki (bo to chyba dziewczyna, choć długie włosy i różowa kiecka, to teraz, o niczym nie świadczy, hehe)
To chyba Wielkanoc bo dwa jaja połączyłam.   


A teraz już takie jajołki produkuję i wszyscy obdarowani są uszczęśliwieni, że taki pomysł mi przyszedł do głowy


Do Krakowa pojechały jeżyki śmieszne z dedykacjami np. takimi.
Babcie kochane dostały takie

Aniołki zostały nazwane jajołki przez koleżankę, która zauważyła, że to styropianowe jaja mają sukienki zrobione na drutach, wykończone falbanką zrobioną na szydełku. W taki sam sposób robię czasem skrzydełka.
A najwięcej uroku i to, że w ogóle są zawdzięczają jajołki mojej serdecznej koleżance. Ona taki pomysł mi podrzuciła, przykleja oczy, nosy, loki, wiąże kokardki i ..... robi aureole a czasem robi..... korony (niestety nie mogę znaleźć zdjęcia, ale wyszło super)

Ogromnie się cieszę, że mam też swojego osobistego jajoła :-D


Tak jak sobie zaplanowałam, chodzę już codziennie na zajęcia tai chi. Wczoraj trafiłam na spotkanie większej ilości osób co nastroiło min. do wspomnień.
Instruktorka wspominała swoje pierwsze warsztaty, na które pojechała głównie dlatego, że prowadził je Mistrz Moy. 
Okazało się, że zupełnie inne były oczekiwania z takiego spotkania.    
Człowiek ma zaplanowane co chce osiągnąć, czego się nauczyć, co zrozumieć. Na ogół jednak jest to odmienne od tego co się dostaje tzn nauka jest, tylko nie tego co się chciało.

Przypomniało mi się bardzo popularne teraz, powiedzenie, że człowiek może wszystko. Tzn. to co sobie zaplanuję i czego bardzo chcę to osiągnę.
Pewnie osoba, która mnie do tego bardzo przekonywała, chciała mnie wyrwać z niemocy, z depresji, ale chyba jeszcze bardziej mnie to pogrążyło bo pomyślałam sobie, że co: ja za mało chciałam, żeby być szczęśliwą w małżeństwie? hehe Ale najbardziej mnie rozbawiło, kiedy mówię gościowi, że dobra, to teraz usilnie myślę, że jadę do Nowej Zelandii (właśnie byłam kolejny raz pod urokiem Władcy Pierścieni) a on na to, że w Polsce też są piękne miejsca. hehehe No tak oczywiście, dopiero potem doczytałam gdzieś u niego, że nie można chcieć zbyt wiele.
Już wcześniej gdzieś to słyszałam. Ok, tylko po co mówić, że wystarczy chcieć.
Ja chyba nie zrozumiałam się z tym panem, bo oczywiście wierzę w to, że intencja jest najważniejsza, tylko kiedy się uda coś osiągnąć jest tajemnicą i dotyczy tylko nas. 
Pewnie nie zdążył mi o tym powiedzieć po prostu hehe

I właśnie wspomnienie warsztatów uświadomiło mi, że tak jest w życiu. Dzieją się rzeczy zaskakujące. Można wynieść dużo korzyści a można się wyniszczyć. I to rzeczywiście zależy od nas.

Tak mi się zdarzyło, że padłam na deski i musiałam, jak dziecko, nauczyć się siadać, stawać, chodzić.
A ponieważ dużo przyzwyczajeń się zresetowało w mojej pamięci, zaczęłam naukę od początku.
Przede wszystkim naukę o sobie. I to jest najcenniejsze.
Uczę się być pożytecznym dla siebie by być szczęśliwym.
Do tej pory, jak sądzę, byłam pożyteczna, żeby inni mogli być szczęśliwi (przynajmniej niektórzy)
To też cieszyło ale teraz cieszy jeszcze bardziej.
Taka mała zmiana a jak odmienia życie.
Mądrzy ludzie mówią, że to podstawa, że to początek .....
Jak się jest otwartym to we wszystkim się znajdzie sens i radość. 

I tak pomocnym w przemianie jest praktyka.
Są różne szkoły: nie robić nic ale być otwartym, medytacja (dla mnie coś wspaniałego), modlitwa, siłownia, nauka, czytanie, robienie na drutach itp ale być otwartym to znajdzie się mądrość, sens.
Na mnie największe wrażenie zrobiło (kiedy jeszcze zdrowa byłam) zrobienie 100 donju. Po tym naprawdę świat jest piękniejszy, ja szczęśliwsza, osoba stojąca obok bardziej sympatyczna... :-D

piątek, 8 stycznia 2016

Szydełkowanie

      Zachwycając się robótkami na szydełku przypomniało mi się, że mam i ja kilka osiągnięć w tym temacie. W zeszłym roku zrobiłam ozdoby na bombki. Powiesiłam je i w tym oku tylko w ogóle nie pomyślałam, że to szydełkowe dzieło. Nie wiem jak mi się to udało wydziergć ale jestem pewna, że jak popróbuję to się znowu poszczęści. I fajnie, bo bardzo mi się takie podobają i daje taka umiejętność dużo możliwości na przyszłość.
Bardzo się namęczyłam z nimi ale dziś już na pewno będzie szybciej. Jedna nie w dwa dni tylko w jeden ! ? hehe




Dałam kilka takich bombek w prezencie. Pamiętam, że bardzo się podobały. Mam nadzieję, że nie tylko dlatego, że to prezent od osoby, którą lubią. A jeśli nawet to też bardzo się cieszę :-D

środa, 6 stycznia 2016

Dobrotliwość :-)

Mała Miki dała mi taki obrazek przed wyjazdem do domu na Sardynię. To ja z Misią na spacerze.
kap kap, tęsknię za Nią. Bardzo się zżyłyśmy kiedy mieszkała w Warszawie.
 


Wczoraj zrobiłam przykrość osobie, którą bardzo lubię i dużo Jej zawdzięczam. W nocy dopadły mnie wyrzuty sumienia.
Słyzałam powiedzenie, że złośliwość to oznaka inteligencji i w związku z tym się tą zdolnością chełpiłam.
Wreszcie zrozumiałam, że taka inteligencja to nie jest mądrość, nie ma się czym chwalić.

Dużo bym o tym napisała jeszcze ale wstydzę się. Może kiedyś.

Przepraszam jeśli kogoś uraziłam.

Aha, takiego poczucia humoru nie mam po tacie. Mój tata jest dobrotliwy. Przez to, że dla siebie jest pobłażliwy, dla swoich ułomności to jest wyrozumiały dla wszystkich. Pewnie dlatego da się lubić mimo wszystko hehe Przeze mnie to nawet bardzo, bardzo.
A właśnie, przypomniało mi się, że już z nim normalnie. Tzn. bierze leki, dzwonił wczoraj dopytać czy odetkałam zapchaną rurę, przyjdzie jutro pogadać i na pewno zatroszczy się o mnie po staremu.
Pewnie miał chwilę słabości, poszalał ze szczęścia, że lepiej Mu się zaczęło wieść. Pierwszy raz od bardzo dawna  ma na jedzenie, na leki, na .... samochód  hehe



wtorek, 5 stycznia 2016

Sikorka

Strasznie u mnie zimno. Bardzo boli mnie lewa strona. Płakać się chce.
Nagle patrzę sikorka sobie siedzi na skrzynce do kwiatów. Siadają często w tym miejscu bo sypię ziarno do karmnika i słoninkę powiesiłam ale zawsze tak się szybko przemieszają, że trudno zrobić zdjęcie. A dziś ptaszek sobie przysiadł spokojnie, jakby pozował i pozwolił nacieszyć oczy.
Mam wrażenie, że coś by powiedział i to coś miłego.
Może tak zahipnotyzowała słoninka z boczku pieczonego hehe
Już trochę weselej







poniedziałek, 4 stycznia 2016

Mróz

W taki mróz zrobiłyśmy sobie z koleżanką spacer Nowym Światem i Krakowskim Przedmieściem do Sceny Współczesnej na Starym Mieście. Weszłyśmy się ogrzać i nacieszyć oczy do kilku Kościołów.
Dzień stał się niezwykły!
Nie przypuszczałam, że przyjdzie taki moment, że będę się cieszyć, że jestem.    


Przypomniało mi się jak doszłam do takiego stanu ducha.
Z osoby u kresu wytrzymałości, w rozpaczy jakimś cudem postanowiłam żyć dalej i to w szczęściu.
Dzięki psychologowi wypłakałam wszystko co mocno bolało, dała nadzieję, że znajdę sposób na swoje życie, upewniała, że to co robię, myślę ma sens. Nie raz się pytałam, czy nie za długo przeżywam nieszczęścia które mnie spotkały i pozwalała płakać spokojnie dalej. Zapewniała, że kto szuka to znajdzie sposób na życie najlepszy dla niego. I znalazłam wspaniałego nauczyciela, który bardzo pasuje do mojego ducha, charakteru, poglądu na to co można a co nie robić, co dobre i co pożyteczne a co nie  nie tylko na ziemi ale i poza nią.
Kiedy już znudziłam się byciem nieszczęśliwą, postanowiłam sobie pisać wszystko co chodź trochę ucieszyło, co się udało, co się powiodło. Najpierw, pamiętam jak dziś, na jakąś jedną miłą rzecz dziennie zwróciłam uwagę. Przez długi czas, na siłę jakby znajdowałam jedną, dwie pozytywne sytuacje. Gdybym sobie nie spisywała to bym pewnie zapomniała, że w ogóle były.
Aż w końcu przestałam pisać bo było dobrych chwil tak dużo, że nie było sensu i czasu na to.
Dzięki temu mam do dziś taką umiejętność postrzegania przydarzających się sytuacji, że we wszystkim znajdę szczęśliwy zbieg okoliczności, cud, konsekwencje tego co wcześniej zrobiłam. W tym co się powidło też znajduję sens, pożytek, konieczność, żeby coś zrozumieć.
Wczoraj był miły dzień, z koleżanką poszłyśmy do teatru i przedstawienie nas bardzo korzystnie zaskoczyło, uśmiałyśmy się do łez i to z krwawej, tragicznej twórczości  Szekspira.
Wesołe wracałyśmy do domu prędziutko bo mróz szczypał straszny i patrzymy do przystanku dojeżdża tramwaj więc przymierzamy się, żeby na niego zdążyć ale widoki marne bo skrzyżowanie duże trzeba przejść. I nagle zmieniają się jedne światła, zdążyłam przejść, tramwaj zaczekał i zdążyłyśmy przejść przez drugie światła. Zapakowałyśmy się do tramwaju i koleżanka patrzy, że na następny tramwaj trzeba by czekać 5 minut. Ja się tak strasznie ucieszyłam, że nie stoimy na mrozie, że wręcz uznałam, że to cud, że dotarłyśmy do tramwaju mimo świateł i moich słabych zdolności ruchowych.
Nabyłam zdolności cieszenia się nie tylko z tego, że coś idzie zgodnie z moimi oczekiwaniami ale odnajdywania powodów do radości w zwykłych sytuacjach albo pozytywów w niemiłych zdarzeniach. To ostatnie to nie jest proste i szybkie ale udaje się. :-D
Dzięki temu widzę sens w tym co mi się przydarzyło, pożytek jaki przynoszę i potrzebę, żeby żyć.
Najwyraźniej jestem tu potrzebna, teraz już to wiem a nie tylko mam taką nadzieję. Ale jaja, kto by to  przypuszczał