niedziela, 31 stycznia 2016

Poezja

     Od dłuższego czau "chodzi za mną" piosenka Agnieszki Osieckiej "Białe zeszyty"
W dodatku usłyszałam w telewizji jak śpiewa ją Magda Umer. Bardzo się wzruszyłam.
Tym bardziej, że myślałam kiedyś, że to taka licentia poetica a okazuje się, że takie historie się zdarzają.
..............

A On był dla niej jak młody Bóg 
Żebyż on jeszcze kochać mógł...

---------Posłuchaj niewierny kochanku 
Co nienawidzisz poranków 
Wróci do Ciebie jeszcze ta trumna 
Gdzie leży Twoja kochanka dumna 
Bo taki co kochać nie umie 
Przegra choć wszystko rozumie 
Bóg Cię pokaże swą nieczułością 
Za to żeś gardził ludzką miłością 

 To tylko poezja

I ciekawe, czemu akurat teraz przypomniała mi się ta piosenka?








PS. Bardzo proszę nie komentować tego publicznie.

Pozdrawiam

sobota, 30 stycznia 2016

A może Święto Cioci ? :-)

   Jak świętować to świętować :-D
   Po szpitalu zamieszkałam u swojej mamy gdzie były też siostra z córeczką. Dzięki temu, oprócz całodobowej opieki dorosłych, umilała mi życie mała dziewczynka.
Przychodziła rano do mojego łóżka pytać jak się czuję, głaskała po głowie, po rączce, dawała buziaka.
Kiedy zaczęłam lepiej chodzić, wychodziłyśmy razem na spacery.  Siostra w jednej ręce trzymała mnie a w drugiej, córkę hehe. Nawet wtedy nie mogłam nadążyć kiedy Miki przyspieszała.  Nieraz mała odbiegła bo coś Ją zaciekawiło i siostra wpadała w panikę czy biec za Nią, czy trzymać mnie. Na ogół stawiała mnie przy drzewie i goniła za Misią wrzeszcząc : stój., hehe
Bardzo się zżyłyśmy. Miki nauczyła się dbać o mnie, troszczyć, opiekować. Jeszcze bardziej mnie pokochała, a ja Ją. Do tego stopnia, że kiedy pojechałyśmy do Włoch, Misia mnie oprowadzała po domu, tłumaczyła co mówią Włosi, a Włochom tłumaczyła co mówię ja.
Miło, że zadbała o to, żebym wiedziała co się dzieje i nie czuła się samotna.
Po jakimś czasie znów zamieszkałam na Kole. Tym razem siostrą i z dwójką Jej dzieciaczków.
Najpierw wychodziłam na spacery z dzieckiem w wózku, żeby odciążyć siostrę. Wózek był bezpieczny dla mnie bo się trzymałam, nie przewracałam i dziecko z wózka mi nie uciekło. Bardzo dobre ćwiczenie.

Potem zabierałam Miki do mnie, pogłaskać kotki i odwiedzić babcię.



Namówiona przez moją Marcię, zachęcałam dzieci do słuchania bajek, do rysowania. Miki była bardzo zainteresowana. Podobało Jej się to i szybko przestała gapić się tylko w telewizor ale robiła piękne rysunki i sama opowiadała wymyślone bajki.
Ze Stasiem było gorzej. Nudziły Go takie zajęcia. Generalnie psocił, bił, psuł. Córka prosiła, żeby się nie zrażać.  Małymi kroczkami, powolutku wdrożyłam malucha do rysowania, do słuchania.
Na początku sukcesem było jak Stasio kreskę czy kółeczko narysował naśladując mnie.
Przede wszystkim był to mój sukces bo miałam niesprawne ręce :-D
Po niedługim czasie, Stasio zrobił kolejny postęp, zaczął kolorować kwadraty, prostokąty itp.
Maluchowi tak się podobały zajęcia, że zaczął tylko mnie wołać. "Ciocia" to było jedno z czterech słów, które w ogóle mówił po polsku.
A raz zawołał: ciocia i ktoś zażartował : moja ciocia
A On na to oburzony, krzyknął: Stasia.
Wszystkich zatkało.
Pierwszy i ostatni raz powiedział swoje polskie imię.
Takie imię dostał po moim dziadku, bardzo o to prosiłam siostrę.
Pierwsze dziecko miało być Stasio, ale okazało się niespodziewanie, że to dziewczynka.
Przy drugiej ciąży, znów chciałam Stasia. Na co moja siostra się śmiała: już Ci tu jeden Stasio biega.. Teraz Stasio mówi trochę po włosku i tylko włoskie imię.
Nie szkodzi, ja mówię polskie imię :-D

Mała Miki płakała często z tęsknoty za domem sardyńskim, za tatą. Siostra się irytowała i krzyczała bo sama tęskniła i była przemęczona.
Chcąc je obie rozweselić, umilić czas oczekiwania na powrót taty/męża z delegacji, zajmowałam się maluchami ile mogłam. Zabierałam na spacery na zmianę raz jedno, raz drugie, czytałam, rysowałam, bawiłam się.
Moja siostra się śmiała i mówiła: do swoich dzieci to Ty nie miałaś tyle cierpliwości.

To prawda.

Inaczej jest się zajmować przez parę godzin, a inaczej cały czas mieć wszystko na głowie.

Teraz dzieci mnie uwielbiają, a ja je. Tęsknie za nimi, ale cieszę się, że są szczęśliwe w swoim domu.

Wyjątkowe ciocie się zdarzają. Też taką miałam. W przedszkolu mówiłam, że mam dwie mamy: jedną od ubierania, a drugą od kochania.
Ta od kochania to ciocia właśnie.
Długo tak pozostawało, dopiero po 30 latach poróżniłyśmy się i to dość poważnie.
Ale nigdy nie zapomnę, że była taka dobra dla mnie.
Mam nadzieję, że Ona gdzieś tam czuje, że wdzięczna jestem, że była przy mnie :-D



wtorek, 26 stycznia 2016

Będę znów świętować....

        Dzień Babci i Dziadka :-D
Mogę już spokojnie powspominać najukochańsze dla mnie osoby. Teraz zastępują ich w kochaniu mnie moje dzieci.Ale przez wiele lat nie mogłam przeboleć ich utraty. Teraz już cieszę się, że mają lepiej.  Żyli w ciężkich, okrutnych czasach a mieli dla mnie tyle miłości i mądrości.
Właśnie myślałam sobie co tak najbardziej było dla mnie cenne.  Generalnie wszystko co robili dla mnie było wspaniałe.
Pamiętam jak dziadek gruszki pierwsze zbierał i trzymał pod poduszką, żeby dojrzały, żebym mogła pojeść jak przyjadę na niedzielę. Zbierał też orzechy dla mnie. Kiedy złamałam nogę w drugiej klasie, woził mnie na taczce do szkoły, żebym nie straciła roku, bo nie chciało się goić a samochodu nikt nie miał więc byłam uziemiona na długo. Ale też pilnował, żebym czytała codziennie, taką podpórkę na książkę zrobił, żeby mi było wygodnie. Nauczył mnie tabliczki mnożenia. Śmiał się,  że będę miała pamiątkę po dziadku. I mam :-)
Babcia była bardziej zapracowana w domu więc kiedy byłam mała dziadek mnie często zabierał na spacery, do znajomych, żebym się nie nudziła i nie psociła, a i byłam jego chlubą więc się mną chwalił troszkę ;-) I co roku w Boże Narodzenie jeździliśmy na Miodową obejrzeć szopkę, taka była wyjątkowa (jak na tamte czasy).
Lubłam też być z babcią. Nauczyła mnie kochać prace ogrodowe, oprócz pielenia, ale też to robiłam z miłości do Niej. Zabierała mnie raz w miesiącu na Stare Miasto popatrzeć na kryształy na wyroby ze złota i takie tam cuda. Jeździłam z Nią na cmentarz, zapalić światełko pradziadkom. Najwięcej czasu spędzałam bawiąc się plastykowymi żołnierzykami. Babcia miała chałupnictwo i taką wielką maszynę do wyciskania wojska. To była ciężka robota, czasem syn Jej pomagał bo to silny chłop. Długo to robiła, a potem tylko gradowała czyli obcinała nierówności więc zabawy miałam i to nie tylko z ustawianiem równych szeregów ale poznawałam umundurowanie historyczne Wojska Polskiego.
Kiedy już przyjeżdżałam tylko na niedzielę jak inne wnuki, czekało na nas ciasto. Zachwycaliśmy się strasznie a babcia śmiała się i mówiła: smakuje wam?, to dobrze bo to nic takiego, taki pagajec...
I tak sobie myślę, że dodawała do niej wyjątkowej, cennej przyprawy: serca.
W dobie gdzie kupić można super wypieki, to ja tym bardziej muszę się nauczyć dodawać tego niepowtarzalnego składnika.
Muszę się już przygotowywać do babciowania.
Muszę nauczyć się w ogóle piec ciasto i to nie z torebki tylko takie moje.
Muszę usprawnić ręce, żeby nie bać się przytulić malucha.
Muszę rehabilitować nogi, żeby móc chodzić na spacery.
Muszę bo bardzo chcę, bo wiem, że dziecku trzeba poświęcać dużo czasu. I trzeba być cierpliwym.
A to akurat mam jakimś cudem
Bo to już te lata :-D
I mam nadzieję, że moje dzieci za jakiś czas założą rodziny.....

sobota, 23 stycznia 2016

No to jestem :-D

   Przeżyłam kolejny 21 stycznia. Tym razem tylko kicham i smarcze na potęgę ale pod kołderką leżę i oglądam TV. Skończył się Mentalista a zaczyna Madagaskar czyli wesoło całkiem...........



Na koniec Sherlock..... Powiało chłodem...
Ale przez cały dzień "tłucze" się po głowie piosenka

Jak po nocy przychodzi dzień
A po burzy spokój
Nagle ptaki budzą się
Budzą się do lotu

No i fajnie :-D


wtorek, 19 stycznia 2016

Czas


Zachwycający widok :-D uwieńczył 17 dzień miesiąca czyli dzień, w którym dzieją się niezwykłe rzeczy, przełomowe dla mnie, można powiedzieć. Tzn. nie w każdym miesiącu ale jak już, to akurat zdarzało się tak 17, albo blisko ;-). Niestety okrutne zazwyczaj. Chyba już wykorzystałam wszystkie straszności i teraz będą mnie spotykać bardzo miłe niespodzianki?
Wczoraj coś takiego zrobiłam co wprawiło mnie w taaakie szczęście, czyli stan ducha jakiego od dawna, ba, może nigdy (albo nie pamiętam) mi się nie zdarzył.
W każdym razie nie myślałam, że taki będzie efekt moich przedsięwzięć. A dziś jeszcze okazało się, że to co zrobiłam to przyniesie mi podwójną korzyść. To, że jedną to się spodziewałam, ale malutką, a tu się okazuje, że dwie i to ogromne :-D
Dziś na zajęciach spotkałam koleżankę, której nie widziałam parę miesięcy. Ogromnie się ucieszyłam na jej widok. Ona też lubi teatr :-D to może kiedyś wybierzemy się razem.
Powspominałyśmy dawne czasy, kiedy zaczynałam ćwiczyć po wypadku. Oj... Przypomniała mi się instruktorka u której dawno nie byłam na zajęciach bo za późno są i Ona ze wzruszeniem zauważyła moje postępy. Podobno jakieś 3 lata temu byłam przyprowadzana na zajęcia, stawiali mnie przy drążku i ja trzymając się robiłam jakieś 15 min. donju.
No nie powiem, sama nie mogę w to uwierzyć.
Wszyscy podziwiali, ba, podziwiają do dziś.

I to chyba nie jest wiara w siebie a raczej nie spinania się, nie starania się. W moim przypadku to kwestia braku oczekiwań. Po prostu nie spodziewałam się niczego, ja tylko robiłam coś żeby nie zwariować, żeby nie zdechnąć z rozpaczy. Na siłę często prowadzano mnie na zajęcia,  na spacer, do lekarzy. Odwiedzano mnie wspierając dobrym słowem, opowieściami o swoim życiu, czyli tak normalnie, udowadniając, że jestem potrzebna, że mnie lubią.... a ja chodziłam, słuchałam, płakałam czyli po prostu byłam.
Kap, kap.... wzruszyłam się...





sobota, 16 stycznia 2016

Styczeń


Styczeń to od kilku lat wyjątkowy miesiąc dla mnie. W tym roku zaskoczył mnie dobrą nowiną. Budzę się wczoraj rześka (pewnie dlatego, że była 12 ;-)), z nieodpartą chęcią umówienia rehabilitacji. Skierowanie dostałam przed świętami i z tej racji zaniedbałam zapisu. Nie wiedziałam gdzie to skierowanie wetknęłam i chęci za bardzo nie miałam, bo potocznie określone to było jako odrywanie mięsa od kości. Jakoś nie rwałam się na taki zabieg.
Coś mnie wykopało z łóżka, sięgnęłam do papierów i od razu wyciągnęłam skierowanie. Nie było już wykrętu, zadzwoniłam, żeby się umówić. Dostałam tylko trzy adresy przychodni od pana doktora bo tylko tam dobrze to robią. Dodzwoniłam się wreszcie i pani potwierdziła, że przyjmą mnie w... czerwcu.
No nic, dobre i to.
W ostatniej chwili coś mnie tknęło i powiedziałam datę z jaką wystawiono skierowanie.
Na co, usłyszałam, że dziś jest ostatni dzień, żeby się zapisać, tylko do dziś jest ono ważne.
No zatkało mnie.
Poleciałam na jakieś zadupie ale gorąco dziękując Bogu, że mnie tak olśniło.
Gdybym to przegapiła pewnie bym sobie darowała w ogóle bo dostać się znowu do lekarzy to długa droga.
Tak myślę, że mam jednak przeznaczone nie cierpieć za bardzo ;-) Pan doktor, przepisując mi takie zabiegi, wyraził wielką nadzieję, że to złagodzi ból a nawet znacznie ulży bez operacji.

Tak się zaczął wspaniały dzień.

Potem pojechałam do mamy bo mnie zaprosiła. Pierwszy raz od świąt się spotkałyśmy.
I o dziwo, rozmawiałyśmy jakoś po ludzku, a nawet serdecznie i jakoś tak... normalnie.
Dostałam elektryczny koc na stopy. I w dodatku, mama powiedziała, że jak go zobaczyła od razu o mnie pomyślała. No, no. Oczywiście w paru sprawach miałyśmy odmienne zdania, ale wyjątkowo, pośmiałyśmy się z tego.
Oby tak już zostało!!

Wracając do domu wstąpiłam do koleżanki, która też bardzo się zaangażowała w pomoc Stowarzyszeniu "wspólnymi siłami", żeby jej się zwierzyć, że znajomy z samochodem niestety nie może zawieść rzeczy. A tu oprócz poratowania transportem poznaję jeszcze kolejną serdeczną i pomocną osobę. Łza mi się zakręciła w oku jak usłyszałam ilu osób wspomogła. Da też środki chemiczne dla naszego stowarzyszenia.
Cudownie!!!
Tyle życzliwych, serdecznych ludzi jest wokół mnie, :-D

Kiedyś dowiedziałam się przy okazji, że koleżanka, z którą się teraz tak zżyłam dzięki 'samotnym matkom' chodziłam do tej samej szkoły, do PSIAKa hehe, (nomen omen, my kociary jesteśmy).
Już chyba nie ma tej szkoły ale są Ci co do niej chodzili.
Niesamowite, że to już druga osoba, z którą łączy mnie ... szkoła a poznajemy się teraz.

Reasumując, tak sobie myślę, że za rok w ten niezwykły miesiąc może wyjadę do..... Nowej Zelandii.
:-D

wtorek, 12 stycznia 2016

Sprostowanie

Sprostowanie
Przez pomyłkę zamieściłam prośbę o pomoc w imieniu Stowarzyszenie "Wspólnymi Siłami" (potocznie zwane Domem Samotnej Matki)a tę prośbę o opał śle inny dom "samotnej matki" z Białołęki. Jeśli można pomóc to im też.
Stowarzyszenie "Współnymi siłami" bardzo prosi o opał, jedzenie i inne rzeczy. Kontaktować się można pod numerem telefonu 667 922 802


Korzystając z okazji
Informuję, że uzbieraliśmy już rzeczy na kolejny transport. Mieliśmy już przygotowane rzeczy, zabawki, słodycze przed świętami ale nie mogliśmy zorganizować transportu, wszyscy zajęci. Teraz na dniach będzie miał kto zawieść przygotowane materiały więc można się jeszcze dołączyć.
Do końca tygodnia na pewno zbieramy jedzenie, środki czystości i inne przydatne rzeczy.

Jeśli koś ma ochotę to proszę o kontakt.

  
Zwracamy się z uprzejmą prośbą o nieodpłatne przekazanie opału w każdej postaci. Na chwilę obecną mamy ok. 400 kg węgla, co starczy nam na kilka dni palenia - napisała kilka dni temu pani Bożena, prowadząca na Białołęce Dom Samotnej Matki. W ośrodku znajduje się dziewięcioro dzieci. Najmłodsze ma 2 lata. 

Potrzebne jest właściwie wszystko. Od ciuszków dla maluchów, do jedzenia, choć jak podkreśla w rozmowie z WawaLove.pl pani Bożena, w tej chwili, ze względu na mrozy, najpilniejszy jest opał. 

"Zwykle jakoś sobie radzą"

Mieszkające tu kobiety, czasem bardzo młode, znalazły się w tym miejscu z różnych powodów. W swoich domach były bite lub poniżane. W niektórych przypadkach wyrzucane wraz z dziećmi z mieszkań. Same przystosowały budynek do potrzeb samotnych matek. W tej chwili czekają tu na mieszkania obiecane im przez władze dzielnicy. Niektóre ponad dwa lata.

Nasza rozmówczyni podkreśla, że zwykle jakoś sobie radzą, że czasem znajdzie się jakaś dobra osoba lub instytucja, która pomoże. Jednak teraz są w wyjątkowo trudnej sytuacji. 

Dom Samotnej Matki znajduje się przy ul. Skierdowskiej, w pobliżu Oczyszczalni Ścieków "Czajka". Jeśli ktoś chciałby pomóc, może skontaktować się bezpośrednio z panią Bożeną, pod numerem telefonu 665 013 298.

"Samotne matki" marzną


Zwracamy się z uprzejmą prośbą o nieodpłatne przekazanie opału w każdej postaci. Na chwilę obecną mamy ok. 400 kg węgla, co starczy nam na kilka dni palenia - napisała kilka dni temu pani Bożena, prowadząca na Białołęce Dom Samotnej Matki. W ośrodku znajduje się dziewięcioro dzieci. Najmłodsze ma 2 lata.


niedziela, 10 stycznia 2016

Postępy

No nie powiem, wzruszyłam się na widok ludki (bo to chyba dziewczyna, choć długie włosy i różowa kiecka, to teraz, o niczym nie świadczy, hehe)
To chyba Wielkanoc bo dwa jaja połączyłam.   


A teraz już takie jajołki produkuję i wszyscy obdarowani są uszczęśliwieni, że taki pomysł mi przyszedł do głowy


Do Krakowa pojechały jeżyki śmieszne z dedykacjami np. takimi.
Babcie kochane dostały takie

Aniołki zostały nazwane jajołki przez koleżankę, która zauważyła, że to styropianowe jaja mają sukienki zrobione na drutach, wykończone falbanką zrobioną na szydełku. W taki sam sposób robię czasem skrzydełka.
A najwięcej uroku i to, że w ogóle są zawdzięczają jajołki mojej serdecznej koleżance. Ona taki pomysł mi podrzuciła, przykleja oczy, nosy, loki, wiąże kokardki i ..... robi aureole a czasem robi..... korony (niestety nie mogę znaleźć zdjęcia, ale wyszło super)

Ogromnie się cieszę, że mam też swojego osobistego jajoła :-D


Tak jak sobie zaplanowałam, chodzę już codziennie na zajęcia tai chi. Wczoraj trafiłam na spotkanie większej ilości osób co nastroiło min. do wspomnień.
Instruktorka wspominała swoje pierwsze warsztaty, na które pojechała głównie dlatego, że prowadził je Mistrz Moy. 
Okazało się, że zupełnie inne były oczekiwania z takiego spotkania.    
Człowiek ma zaplanowane co chce osiągnąć, czego się nauczyć, co zrozumieć. Na ogół jednak jest to odmienne od tego co się dostaje tzn nauka jest, tylko nie tego co się chciało.

Przypomniało mi się bardzo popularne teraz, powiedzenie, że człowiek może wszystko. Tzn. to co sobie zaplanuję i czego bardzo chcę to osiągnę.
Pewnie osoba, która mnie do tego bardzo przekonywała, chciała mnie wyrwać z niemocy, z depresji, ale chyba jeszcze bardziej mnie to pogrążyło bo pomyślałam sobie, że co: ja za mało chciałam, żeby być szczęśliwą w małżeństwie? hehe Ale najbardziej mnie rozbawiło, kiedy mówię gościowi, że dobra, to teraz usilnie myślę, że jadę do Nowej Zelandii (właśnie byłam kolejny raz pod urokiem Władcy Pierścieni) a on na to, że w Polsce też są piękne miejsca. hehehe No tak oczywiście, dopiero potem doczytałam gdzieś u niego, że nie można chcieć zbyt wiele.
Już wcześniej gdzieś to słyszałam. Ok, tylko po co mówić, że wystarczy chcieć.
Ja chyba nie zrozumiałam się z tym panem, bo oczywiście wierzę w to, że intencja jest najważniejsza, tylko kiedy się uda coś osiągnąć jest tajemnicą i dotyczy tylko nas. 
Pewnie nie zdążył mi o tym powiedzieć po prostu hehe

I właśnie wspomnienie warsztatów uświadomiło mi, że tak jest w życiu. Dzieją się rzeczy zaskakujące. Można wynieść dużo korzyści a można się wyniszczyć. I to rzeczywiście zależy od nas.

Tak mi się zdarzyło, że padłam na deski i musiałam, jak dziecko, nauczyć się siadać, stawać, chodzić.
A ponieważ dużo przyzwyczajeń się zresetowało w mojej pamięci, zaczęłam naukę od początku.
Przede wszystkim naukę o sobie. I to jest najcenniejsze.
Uczę się być pożytecznym dla siebie by być szczęśliwym.
Do tej pory, jak sądzę, byłam pożyteczna, żeby inni mogli być szczęśliwi (przynajmniej niektórzy)
To też cieszyło ale teraz cieszy jeszcze bardziej.
Taka mała zmiana a jak odmienia życie.
Mądrzy ludzie mówią, że to podstawa, że to początek .....
Jak się jest otwartym to we wszystkim się znajdzie sens i radość. 

I tak pomocnym w przemianie jest praktyka.
Są różne szkoły: nie robić nic ale być otwartym, medytacja (dla mnie coś wspaniałego), modlitwa, siłownia, nauka, czytanie, robienie na drutach itp ale być otwartym to znajdzie się mądrość, sens.
Na mnie największe wrażenie zrobiło (kiedy jeszcze zdrowa byłam) zrobienie 100 donju. Po tym naprawdę świat jest piękniejszy, ja szczęśliwsza, osoba stojąca obok bardziej sympatyczna... :-D

piątek, 8 stycznia 2016

Szydełkowanie

      Zachwycając się robótkami na szydełku przypomniało mi się, że mam i ja kilka osiągnięć w tym temacie. W zeszłym roku zrobiłam ozdoby na bombki. Powiesiłam je i w tym oku tylko w ogóle nie pomyślałam, że to szydełkowe dzieło. Nie wiem jak mi się to udało wydziergć ale jestem pewna, że jak popróbuję to się znowu poszczęści. I fajnie, bo bardzo mi się takie podobają i daje taka umiejętność dużo możliwości na przyszłość.
Bardzo się namęczyłam z nimi ale dziś już na pewno będzie szybciej. Jedna nie w dwa dni tylko w jeden ! ? hehe




Dałam kilka takich bombek w prezencie. Pamiętam, że bardzo się podobały. Mam nadzieję, że nie tylko dlatego, że to prezent od osoby, którą lubią. A jeśli nawet to też bardzo się cieszę :-D

środa, 6 stycznia 2016

Dobrotliwość :-)

Mała Miki dała mi taki obrazek przed wyjazdem do domu na Sardynię. To ja z Misią na spacerze.
kap kap, tęsknię za Nią. Bardzo się zżyłyśmy kiedy mieszkała w Warszawie.
 


Wczoraj zrobiłam przykrość osobie, którą bardzo lubię i dużo Jej zawdzięczam. W nocy dopadły mnie wyrzuty sumienia.
Słyzałam powiedzenie, że złośliwość to oznaka inteligencji i w związku z tym się tą zdolnością chełpiłam.
Wreszcie zrozumiałam, że taka inteligencja to nie jest mądrość, nie ma się czym chwalić.

Dużo bym o tym napisała jeszcze ale wstydzę się. Może kiedyś.

Przepraszam jeśli kogoś uraziłam.

Aha, takiego poczucia humoru nie mam po tacie. Mój tata jest dobrotliwy. Przez to, że dla siebie jest pobłażliwy, dla swoich ułomności to jest wyrozumiały dla wszystkich. Pewnie dlatego da się lubić mimo wszystko hehe Przeze mnie to nawet bardzo, bardzo.
A właśnie, przypomniało mi się, że już z nim normalnie. Tzn. bierze leki, dzwonił wczoraj dopytać czy odetkałam zapchaną rurę, przyjdzie jutro pogadać i na pewno zatroszczy się o mnie po staremu.
Pewnie miał chwilę słabości, poszalał ze szczęścia, że lepiej Mu się zaczęło wieść. Pierwszy raz od bardzo dawna  ma na jedzenie, na leki, na .... samochód  hehe



wtorek, 5 stycznia 2016

Sikorka

Strasznie u mnie zimno. Bardzo boli mnie lewa strona. Płakać się chce.
Nagle patrzę sikorka sobie siedzi na skrzynce do kwiatów. Siadają często w tym miejscu bo sypię ziarno do karmnika i słoninkę powiesiłam ale zawsze tak się szybko przemieszają, że trudno zrobić zdjęcie. A dziś ptaszek sobie przysiadł spokojnie, jakby pozował i pozwolił nacieszyć oczy.
Mam wrażenie, że coś by powiedział i to coś miłego.
Może tak zahipnotyzowała słoninka z boczku pieczonego hehe
Już trochę weselej







poniedziałek, 4 stycznia 2016

Mróz

W taki mróz zrobiłyśmy sobie z koleżanką spacer Nowym Światem i Krakowskim Przedmieściem do Sceny Współczesnej na Starym Mieście. Weszłyśmy się ogrzać i nacieszyć oczy do kilku Kościołów.
Dzień stał się niezwykły!
Nie przypuszczałam, że przyjdzie taki moment, że będę się cieszyć, że jestem.    


Przypomniało mi się jak doszłam do takiego stanu ducha.
Z osoby u kresu wytrzymałości, w rozpaczy jakimś cudem postanowiłam żyć dalej i to w szczęściu.
Dzięki psychologowi wypłakałam wszystko co mocno bolało, dała nadzieję, że znajdę sposób na swoje życie, upewniała, że to co robię, myślę ma sens. Nie raz się pytałam, czy nie za długo przeżywam nieszczęścia które mnie spotkały i pozwalała płakać spokojnie dalej. Zapewniała, że kto szuka to znajdzie sposób na życie najlepszy dla niego. I znalazłam wspaniałego nauczyciela, który bardzo pasuje do mojego ducha, charakteru, poglądu na to co można a co nie robić, co dobre i co pożyteczne a co nie  nie tylko na ziemi ale i poza nią.
Kiedy już znudziłam się byciem nieszczęśliwą, postanowiłam sobie pisać wszystko co chodź trochę ucieszyło, co się udało, co się powiodło. Najpierw, pamiętam jak dziś, na jakąś jedną miłą rzecz dziennie zwróciłam uwagę. Przez długi czas, na siłę jakby znajdowałam jedną, dwie pozytywne sytuacje. Gdybym sobie nie spisywała to bym pewnie zapomniała, że w ogóle były.
Aż w końcu przestałam pisać bo było dobrych chwil tak dużo, że nie było sensu i czasu na to.
Dzięki temu mam do dziś taką umiejętność postrzegania przydarzających się sytuacji, że we wszystkim znajdę szczęśliwy zbieg okoliczności, cud, konsekwencje tego co wcześniej zrobiłam. W tym co się powidło też znajduję sens, pożytek, konieczność, żeby coś zrozumieć.
Wczoraj był miły dzień, z koleżanką poszłyśmy do teatru i przedstawienie nas bardzo korzystnie zaskoczyło, uśmiałyśmy się do łez i to z krwawej, tragicznej twórczości  Szekspira.
Wesołe wracałyśmy do domu prędziutko bo mróz szczypał straszny i patrzymy do przystanku dojeżdża tramwaj więc przymierzamy się, żeby na niego zdążyć ale widoki marne bo skrzyżowanie duże trzeba przejść. I nagle zmieniają się jedne światła, zdążyłam przejść, tramwaj zaczekał i zdążyłyśmy przejść przez drugie światła. Zapakowałyśmy się do tramwaju i koleżanka patrzy, że na następny tramwaj trzeba by czekać 5 minut. Ja się tak strasznie ucieszyłam, że nie stoimy na mrozie, że wręcz uznałam, że to cud, że dotarłyśmy do tramwaju mimo świateł i moich słabych zdolności ruchowych.
Nabyłam zdolności cieszenia się nie tylko z tego, że coś idzie zgodnie z moimi oczekiwaniami ale odnajdywania powodów do radości w zwykłych sytuacjach albo pozytywów w niemiłych zdarzeniach. To ostatnie to nie jest proste i szybkie ale udaje się. :-D
Dzięki temu widzę sens w tym co mi się przydarzyło, pożytek jaki przynoszę i potrzebę, żeby żyć.
Najwyraźniej jestem tu potrzebna, teraz już to wiem a nie tylko mam taką nadzieję. Ale jaja, kto by to  przypuszczał    




poniedziałek, 28 grudnia 2015

Refleksje... i osłonki

   Dostałam dużo życzeń: wesołych świąt i refleksji w święta, no i się spełniło.
Takich radosnych świąt to już od dawna nie miałam. Nie dość, że przyszedł do mnie mój ojciec, że były ze mną dzieci, czyli wszyscy Ci co mnie kochają, to nie przyszli Ci, którzy od lat razem ze mną świętowali a wcale niekoniecznie to był szczyt ich marzeń co dawali poznać posobie.
Nie było tych osób, które nie były ze mnie zadowolone bo nieambitna, mięczak, niezdolna intelektualnie, artystycznie, no nie taka najgorsza ale mogło być lepiej. Oczywiście nikt tego wprost nie mówił ale wyczuwałam nieszczerość bo brakowało serdeczności.
Potwierdziła się słuszność takiej hipotezy bo teraz jak nie trzeba to spędzają czas w lepszych towarzystwach.
I fajnie.
Okazało się, że nauka skierowana do Młodego, dotarła do mnie.
Nie mam pragnienia zaspokoić potrzeb ludzi, których kochałam, żeby i oni mnie pokochali. Oni pewnie tego wcale nie potrzebowali zresztą, albo tak im się zdawało. Podobno się nie ceni rzeczy, które łatwo przychodzą, więc nie cenili.
Wreszcie mogę to olać i strasznie się cieszę, że mnie na to stać :-D
Mam taką nadwrażliwość emocjonalną, że wyczuwam na kilometr fałsz, nawet jak ktoś nie zdaje sobie sprawy, że kłamie. Czułam się więc często podle, gorsza.
Nadwrażliwość to było moje przekleństwo.
A teraz już rozumiem, że to dar, że dzięki temu rozumiem dużo, czuję i mam wielkie serce więc mogę pomóc tam gdzie pomoc nie będzie tak oczywista.
A współczucie to jest droga do szczęścia ! :-D
Ale najważniejsze, że dzięki inteligencji emocjonalnej wzrasta moja świadomość.
To jest dopiero droga do szczęścia :-D :-D

I czy ja nie mówiłam, że zamierzam być szczęśliwa ?!

Ale poleciałam po całości hehehe
To ze szczęścia ;-)

O, przypomniało mi się, że nie mogłam załapać co to jest ta błogość.
Aż wreszcie, widok nieba tak mnie urzekł, kopara opadła. Potem jeszcze chyba dwa razy.
Czwarty raz to przeżyłam kiedy się najadłam fest po całodniowej wycieczce hehe


   Wesoło sobie gadamy przy stole i moja córka poprosiła, żebym już nie wypominała babci, bo czasem jej robię wielką przykrość. I czy ja bym chciała, żeby Marcia mi tak coś wypominała?
Obruszyłam się, bo przecież ja jestem dobrą mamą!
Co Marcia potwierdziła i dodała jeszcze, że jest ze mnie dumna i że mnie bardzo kocha ale prosi, żeby już nie być złośliwa dla babci.
Pomyślałam sobie, że chodzi o zasadę, nie o to, czy się należy mniej czy bardziej.
Daruję sobie uszczypliwości, już na to mnie stać, i dam taki przykład córce
.
To nie będzie, żadne poświęcenie, zrobię to, bo ją kocham bardzo i
....... siebie :-D



Nawet nie przypuszczałam, że tyle osłonek zrobiła na drutach. Nawet fajnie mi wyszły.:-D

sobota, 26 grudnia 2015

I taki efekt rozmyślań

Wesołych Świąt!!
  


Zdążyłam zrobić bombkę z Mikołajem, dzbanuszek i świecznik świąteczny. Dostałam stroik piękny i jestem happy hehe
Przede wszystkim dlatego, że dotarł na Wigilię mój tata, całkiem przytomny, że były ze mną dzieci i zaprzyjaźniony z nami muzyk.
Było wesoło, życzliwie, serdecznie :-D
Wszystkim dopisywały humory.
Dostałam też ładną bluzkę i super kapcie z cekinami ( na sylwestra będą jak znalazł, hehe)
Największym prezentem był mój tata. Wygłupialiśmy się, żartowaliśmy i przypomniało mi się, że mój ojciec to ma też chlubne umiejętności z młodości na swoim koncie.
Wspomniałam o tym, że był bokserem. Waga lekko pół śmieszna....tata tak powiedział.
Grał na akordeonie świetnie. (tak słyszałam) samouk. Uświetniał wszystkie uroczystości. Kiedyś wszystkie były z alkoholem więc tym bardziej nie trzeba Go było prosić
Wybitnie rysował. Najlepszy był portret Jego żony, czyli mojej matki. Podzielił zdjęcie na małe krateczki i po kawałku przerysowywał szczegóły, cienie itp. Idealnie wyszło.
Nawet moja babcia miała do niego słabość, mówiła, że On da się lubić. Chociaż kłamstwa nie znosiła.
Miał mocną głowę, nigdy nie był agresywny tylko wesoły (o, podobno poczucie humoru to mam po nim hehe) i od czasu do czasu zaskoczył dobrocią, pomocą niemałą.
I tak jest do dzisiaj.
Tym bardziej mi żal, że takiego człowieka stracę. Znów zaczęłam przypominać, że nie może sobie folgować, że ma rozrusznik, że leki musi brać. O min. przypomniało mi się, że nogę ma przykręconą na platynową śrubę bo mało mu nie urwało na moście jak się wpasował na motorze po pijaku między ciężarówkę a barierę.

Tata absolutnie zabronił pić, palić za kierownicą.

Ooo

Dalej mówię, że On tyle umie zorganizować, taką ma wiedzę jak coś załatwić i jest nam ogromnie potrzebny, nie może nas tak zostawiać. Przecież, mówię, jak będziesz pił to umrzesz zaraz.
Ojciec lekko wzruszył ramionami i mówi: nie umrę. Wszyscy z jego rodziny dożyli góra sześćdziesięciu paru lat. Jemu widoczni pisane długie życie, nie łatwo Go dobić.

O kurka, to też mam po Nim. ;-)

Korzystając z okazji poprosiłam, żeby coś pomógł załatwić synowi, mówię: idź z nim, Ty masz szczęście.
Ojciec się uśmiechnął.
No mam, mówi, ale On jest dorosły. Przecież nie będzie dziadek chodził za Jego sprawami. No tak. Uchachaliśmy się do rozpuku.

Jakby się nad tym zastanowić, też mam szczęście. Może to też po Nim.

Rozbawiliśmy się przy okazji pouczania wnuka przez dziadka.
Słyszę, jak dziadek tłumaczy: nie denerwuj się tak, zobacz ja się nic nie denerwuje, cokolwiek by mi nie powiedzieli ja się tak bardzo nie przejmuję.....

No tak, za to innych szlag trafia hehe

Pasuje to trochę do teori, którą nieraz słyszałam, że nie jest tak jak jest, tylko, tak jak sobie ktoś wyobraża.
A że z zachowania można wysnuć taki a nie inny wniosek, to jednak ten ktoś bierze za to odpowiedzialność. (Nauczyciel tak mówi)

Tego olewactwa po Nim nie mam.
Tak sobie myślę, że na szczęście.

Bo to na pewno nie jest oznaka współczucia.
Asertywność to owszem robienie zgodnie ze swoimi potrzebami, ze swoimi uczuciami ale nie raniąc drugiego człowieka. Jest tu taka subtelna różnica, którą warto zauważyć.
Wszystko zależy od tego czy chce się być zadowolonym na chwilę czy na wieki.
Co się daje to się odbierze prędzej czy później, przecież.

Tata, myśli pewnie, że farta i na tamtym świecie będzie miał.
hehehe, kto wie, kto wie.

Moją matkę strasznie wkurza, że tak się rozwodzimy nad Jego pomaganiem.
Jej zdaniem też by pomogała i chodziła i załatwiała co trzeba, tylko ojcu to zostawiała bo uważała, że zapłacone bo Mu się daje np.... zupę.

Ok. zupa pyszna, nietania, ale za Jego pomoc, za Jego cierpliwość zapłaciłabym krocie, żeby tylko przy mnie był.
Sposób pomagania mojej mamy, absolutnie mi nie odpowiadał.
Np. schodzę po schodach, powolutku, dostawiając nogę do nogi, nie umiałam chodzić na przemian, słyszę: no idź normalnie, dasz radę, po co się tak pieścisz ze sobą? itp....
teraz to już śmiać mi się chce, ale wówczas to błagałam,  żeby ojciec przyszedł, mnie zabrał.

Tak sobie teraz myślę, że zapracował na to, że dzieci Go kochają, przyniósł dużo pożytku, okazał dużo serca w pewnych sytuacjach.

Dam Mu spkój

Niech dokończy swoich dni jak Mu pisane, tak jak lubi, na wesoło i bez nerwów.
Mam nadzieję tylko, że się nie nacierpi.

Takie są moje życzenia świąteczne dla Niego.


piątek, 25 grudnia 2015

Wigilia

    Wigilia
Tata przyszedł rano.
Usiadł na chwilę i powiedział, że popił ostatnio i czy Mu ...... przebaczę.
Głos mi się załamał

Dziś już zadzwonił podziękować za pudełko ozdabiane decoupage, które dałam też dla Jego znajomej
Miło ich to zaskoczyło.

Dotarł na kolację świąteczną. Przy tej okazji przypomniało się wiele Jego wyjątkowych zdolności.
To nie jest zwykły pijak hehe.


Co za Wigilia :-D
Muszę o niej kiedyś napisać....

środa, 23 grudnia 2015

Przykład

     Ale mam radochę.
Była dziś moja mama odebrać jakieś rzeczy bo na wigilię nie przyjdzie, wyjeżdża do koleżanki.
Przykro mi było jak to powiedział. Pewnie z przyzwyczajenia, rodzina taki dzień powinna spędzać razem, tyle się o tym trąbi.
Ale w sumie to nie byłam zdziwiona, pomyślałam, że trafiło jej się coś fajniejszego, taką ją znam.
Ponieważ przyszła więc zaprosiliśmy Ją. Choć na początku nie chciała to została na sok własnej roboty. Przy okazji podpytałam jak coś tam upiec, poprosiłam o doradzenie w wykończeniu swetra, dałam własnoręcznie ozdobione decoupagem pudełko. Zaczęłyśmy rozmawiać i od słowa do słowa wyżaliła się na mnie. Mniejsza o co konkretnie, nie jest mi potrzebna wiedza czy słusznie czy nie, w każdym razie starałam się wytłumaczyć, oczywiście bez skutku.
W końcu wypaliłam, że to Ona dała  mi przykład.
Oczywiście sytuacja była inna ale mechanizm (zachowanie) taki sam.
Matkę zatkało na chwilę. hehe
A potem się uśmiechnęła leciutko.
Poszła sobie, ale uściskałyśmy się serdecznie, pożyczyłyśmy dobrego.
Ogromnie się cieszę, że mi taka riposta przyszła do głowy, że znalazłam podobieństwo między tym co ja zrobiłam a tym co Ona. Trudno było w ogóle wpaść na związek tych rzeczy ale jednak jest.
No po prostu błysnęłam inteligencją. hehe
No nie powiem, fajne uczucie.
Ale najważniejsze, że dzięki temu, mama stała się trochę weselsza.
Bo chociaż mam Jej wiele za złe to jest to dobry człowiek, może bez przesady ale zrobiła bigos w zeszłym roku dla "samotnych matek"na święta, świetnie robi na drutach, nauczyła mnie chodzenia do teatru, jest pracowita. Ale to mamy obie akurat po babci hehe.
Więcej dobrego od Niej nie przejęłam ale ludzie Ją lubią sądzę, że jest uczynna, miła, życzliwa. Tyle, że ambicja jest dla Niej ważna, a tego to ja nie mam. A współczucie, to kiedyś przynajmniej, oznaka słabości dla Niej. Uznawana, więc byłam za mięczaka, zwłaszcza, że współczułam przede wszystkim sobie hehe.

O naśladowaniu przypomniała mi się jeszcze jedna historia.
Kiedyś ojciec o czymś mi opowiadał i na końcu pyta: co On ma zrobić?
Niestety, mówię, że nie wiem, pojęcia nie mam, to od Ciebie zależy.
Uśmiał się
Za jakiś czas znów mnie pyta: co On ma zrobić?
-Nie wiem, zrób jak uważasz, a ja wezmę z Ciebie przykład
Śmiał się ale widziałam jak Mu mina rzednie, aż przestał się śmiać.
No ciekawe czemu?

Tak sobie myślę, że częściej trzeba o tym pomyśleć, że dzieci mogą wziąć z nas przykład.
Okaże się, że wielu rzeczy nie robimy bo to wbrew nam ale jak pomyślimy, że potem, nie ma co mieć pretensji, że dzieciak tak zrobił. Albo wręcz można winić siebie za to, że młody człowiek sobie nie radzi, albo rani kogoś przez egoizmem i głupotę.  Częściej się może okazać, że to postępowanie już jest zgodne z nami
Podobno dzieci mają tendencję do naśladowania tego co złe a to co pozytywne to nie (matka tak mówi). Może tak być bo łatwiej i weselej psocić, samo wychodzi.
Ale już starsze dzieci, naśladują wszystko i czerpią przykład podświadomie z rodziców nawet jak nie chcą. Tylko to ukrywają nawet przed sobą, kamuflują to co czują, myślą. Tak słyszałam od psychologa.
Tym bardziej doceniam wagę świadomości.
Co, z czego i dlaczego...... wiedząc o tym uniknie się jakiś traum i trudności, choć trochę.

Po raz kolejny utwierdzam się w przekonaniu, że miałam szczęście, że wychowali mnie babcia i dziadek, nauczyli miłości, dobroci.
Oni tacy byli dla mnie, nie dla siebie
Nawet jakiś czas temu, siostra wspomniała, że zgadzali się w jednym i robili razem, to co trzeba było dla Marzenki hehe
Odpłacałam się sercem do ostatnich ich dni.

No ciekawe, jaki też przykład wezmą dzieci ze mnie.
Teraz to już naprawdę w wielu sprawach mogą. Z ostatnich moich osiągnięć: wiara w siebie, zaufanie do siebie, czerpanie nauki od mądrych ludzi i miłość do siebie.
W tym ostatnim to bardzo dobry jest ich tata, hehe ale nie ma współczucia wiele. Jeszcze nie ma.
Więc póki co, mogą ze mnie śmiało brać przykład.
Współczucie to droga do szczęścia, mam nadzieję, że to we mnie zobaczą.

Nie mogę się oderwać od Sudetów bo tam tak piknie
    



poniedziałek, 21 grudnia 2015

A to ci historia

   Od dawna już zbieram się do napisania o moim tacie. Teraz wiem dlaczego z tym zwlekałam, podświadomie wiedziałam, że nie jest tak jak chciałam o Nim napisać, nie jest tak pięknie jak przez chwilę sądziłam.
Na moich oczach, z pijaka stał się naprawdę wspaniałym człowiekiem.
Już chciałam napisać jak to doskonałość, czystość w końcu się ujawnia.
Na pewno to jest w nas, ale niekoniecznie tak szybko, wszyscy, w tym sam zainteresowany, się o tym dowiedzą. hehe
  Mój ojciec słynął za młodu, z tego, że mógł bardzo dużo wypić i nie było po nim widać. W związku z tym różnymi sposobami zdobywał pieniądze na to hobby. Oszukiwał ile się da i kogo się da. Np. wypłaty nie mógł do domu przynieść bo go na liście nie umieścili, hehe. Kradł z domu. Kiedyś do malowania wynieśli meble z mieszkania na klatkę, w tym dywan. Dywan zniknął. hehe, Przepadł też pierścionek srebrny, który dostałam od babci, o kur..
Ale kiedy nie pił był serdeczny, pomocny, życzliwy i nawet matka (której wyniósł złoto) mówiła, że gdyby nie pił to byłby dobrym człowiekiem.
Ja z siostrą byłyśmy zakochane w ojcu, bawił się z nami, rysował, bajki opowiadał (hehe dorosłym też opowiadał, widocznie to lubił). Kochamy go bardzo do teraz tym bardziej nam żal, że demon Go opętał.
Kiedy dorosłam pomagałam ojcu finansowo gdy o to poprosił. Spłaciliśmy też Jego długi za co odwdzięczył się dając mieszkanie. Małe, niepełnowartościowe bez centralnego ogrzewania, bez łazienki, na trzecim piętrze w starym budownictwie czyli jakieś szóste w normalnie bez windy (ciężko mi było nosić wózek) ale byliśmy sami.
W obawie, że pieniądze idą na alkohol, robiłam z Nim zakupy, co tylko potrzebował ale do jedzenia, żeby nie głodował. Prośby i namawianie do niepicia szły w eter. Słyszałam, że mi się zdaje, przecież nie pił, że przesadzam i żebym się nie martwiła, wszystko jest dobrze.....
W końcu dostał zawału.
Dostał rozrusznik ale musiał przestać pić.
Przestał.
I rzeczywiście, pokazał swoją wesołą, przyjazną twarz.
Już mogłam dać mu pieniądze bo wiedziałam, że kupi sobie co potrzebuje do jedzenia, do domu bo miał małą rentę i wystarczała mu na opłaty ledwie.
Odwdzięczał się pomagając siostrze przy dziecku, która nie mogła np. nic nosić bo jej uszkodzili kręgosłup przy porodzie a trzeba było do lekarza jechać. Załatwiał w urzędach różne rzeczy, bo miał do tego cierpliwość i wyjątkowego farta.
W końcu, najważniejsze dla mnie, był przy mnie kiedy wylądowałam w szpitalu. Słyszałam, że przyjeżdżał codziennie chociaż byłam nieprzytomna prawie 3 miesiące i lekarze przygotowywali, że już się nie obudzę.
Kiedy jednak oprzytomniałam, znosił moje fochy, uspokajał, woził na badania, gdzie tylko trzeba było, po innych szpitalach, załatwiał karetkę itp.
Prosiłam Go, żeby przyszedł jutro i przychodził, chociaż sam chory był przecież.

Do tej pory słyszę jakie to niezwykłe było co robił.

Ja zresztą pamiętam, jaki On był bliski, jak koił mój ból, moje nerwy.

No niesamowite!!

Kiedy już wróciłam do domu, ojciec zapewniał, że powoli odda mi pożyczone pieniądze bo już ma emeryturę większą.
Nie chciałam, śmiałam się, że już odpracował długi, że już jesteśmy kwita hehe

Ale jeszcze jedna spotkała mnie niespodzianka.

Ojcu się bardzo poprawiło materialnie. Nawet teraz ja pożyczyłam od niego pieniądze. Pierwszy raz w życiu, ale jaja.
Ale mało tego, pożyczył nam małą Toyotę, nawet opłacił ubezpieczenie bo nie mieliśmy na to kasy.
Ja wiem, że kupiła ją Jego znajoma, ale samo to, że pomyślał o nas, o mnie, że będzie wygodniej mnie wozić, że dzieciaki mogą skorzystać bo obydwoje mają prawo jazdy, jest bardzo miłe.

No i właśnie z podziwu chciałam napisać jak ta prawdziwa, doskonała, czysta natura człowieka ujawniła się bo zaczął żyć z  pożytkiem dla innych ale właśnie się okazało, że znowu wpadł w cug. Znowu pije.
Jego historia jest potwierdzeniem na to, że prawdziwa, czysta natura jest stała tylko demony targają człowiekiem i zmieniają losy.

Na moim przykładzie sądząc, to czy ktoś sobie z demonami (np. strach) poradzi i kiedy, to zależy od cudu hehe
A tak poważniej myślę, że radzimy sobie tak jaką mamy karmę.
Widocznie moja jest całkiem niezła, bo zmądrzałam, już mnie nie łatwo doprowadzić do rozpaczy, już mogę przynieść dużo pożytku ludziom. Myślę sobie, że naprawdę przynoszę szczęście.
Dzięki temu, że ojciec zaopiekował się mną, że okazał tyle serca, współczucie to nazbierał dobrą karmę i kiedyś Mu się to przyda.



kap, kap, kap

Niestety, sądzę, że długo to już nie potrwa. To jest naprawdę chory człowiek. Ja już Mu nie pomogę, nie mam pieniędzy, żeby poratować jak Mu się skończą, do szpitala nie będę chodzić.... na pogrzeb też nie pójdę







sobota, 19 grudnia 2015

Coś wielkiego :-)

    Czy mieć poczucie humoru to jednocześnie oznacza, że jest się wesołym człowiekem?
    Czy mieć pogodne usposobienie to być optymistą?
Dyskusje na takie i podobne pytania towarzyszyły dziś ozdabianiu bombek. Zdania były podzielone. Sama nie wiem co o tym  myśleć bo argumentami były losy ludzi, więc trudno ocenić czy oni wiedzieli co robią? czy nie mylą pojęć?
Chciałam sprawdzić w internecie ale ciągle reklamy wyskakują.
  Może poczucie humoru to kwestia inteligencji. Ponuraki dowcipy rozumieją ale niekoniecznie się z nich śmieją. No najwyżej się uśmiechają.
Dzięki żywym rozmowom, wartko upłynęło kilka godzin przy wykończeniu ozdób na choinkę i pod choinkę.
   Od połowy października ozdabiam styropianowe  bombki metodą decoupage. Zrobiłam 40 bombek, 3 pudełka po kapsułkach do prania, 4 słoiczki po majonezie przy okazji. Słoiki jeszcze lakieruję bo będą z nich świeczniki kolorowe w które się wkłada małe świeczki.
Dzisiaj dopięłam cekieny do bombek a koleżanka zrobiła kokardki. Uff.
Ale dumna jestem z siebie.
Nie potrafię sama zrobić wszystkiego ale to co umiem to jest wielkie osiągnięcie.
Sukces ten jest również sukcesem koleżanki bo mnie do tego namówiła, nauczyła, pomogła i udostępnia sprzęt hehe

 Muszę przyznać, że to niesamowite, że trafiłam na tą osobę teraz. Musiałyśmy się już kiedyś spotkać, znaczy w innym świecie hehe. Tu na ziemi od dawna, jak się okazało, jesteśmy niedaleko od siebie.
Okazało się, że mieszkałyśmy niedaleko siebie na Kole, chodziłam na Jej podwórko się bawić bo tam mieszkała moja koleżanka z klasy. Okazało się, zresztą, że drzwi w drzwi z Nią. Chodziła do tej samej podstawówki, tylko do klasy niżej, dlatego się nie poznałyśmy.
Tu gdzie teraz mieszkam ma kwiaciarnię. Przychodziłam tutaj kiedy pracowałam ale zawsze trafiałam na wspólniczkę. Kiedy zaczęłam chodzić po wypadku, w dzień, zaglądałam do salonu pooglądać piękne rzeczy, których tam jest moc.
I tak zaczęłyśmy ze sobą rozmawiać.
Na początek wspólnym zainteresowaniem okazało się tai chi. Koleżanka zaczęła ćwiczyć tam gdzie ja!
W miarę upływu czasu polubiłyśmy się i koleżanka zaczęła mnie wciągać do robienia różnych ozdób, żebym sobie ćwiczyła rękę i nie siedziała sama w domu, hehehe
Na początku nauczyła mnie filcowania. Potem ozdabiałam bombki cekinami (straszna robota dla mnie) potem ozdabiałam jajka, przy okazji powstały jajołki.

Jajołki uszczęśliwiły dużo osób, jeszcze dwa czekają do odebrania hehe

Szczerze mówiąc sądzę, że od zawsze miałam sentyment do miejsca pełnego kwiatów, pięknych drobiazgów czyli do kwiaciarni.
Tu zaskoczę koleżankę bo chyba o tym nie mówiłam, pierwsza moja praca była w kwiaciarni.
Kiedy nie chciałam się uczyć, matka kazała iść do pracy i tym sposobem szybko wylądowałam w kwiaciarni bo przyjęli od razu i bez wykształcenia.
Bardzo mi się tam podobało. Pani uczyła robić bukiety, ikebany, wiązanki ślubne, pogrzebowe itp. Nawet kilka kompozycji przeze mnie zrobionych było udanych.
Pamiętam, że trudno mi się nawijało gerbery do wiązanki pogrzebowej, ciągle psułam kwiaty aż właścicielka powiedziała, że od teraz za każdy zniszczony kwiatek potrąci mi z pensji. Od razu się nauczyłam hehe
Ślubną wiązankę zrobiłam koleżance w prezencie bo takie kompozycje mi wychodziły super.
Karierę bukietową przerwałam na czas pracy w banku, ale po jakimś czasie wróciłam do takich klimatów.
Otworzyłam swoją kwiaciarnię.
Niestety okazało się to totalną porażką. Miałam się nauczyć robić piękne kompozycje ale nie miałam od kogo, osoba, która mnie zapewniała o swojej pomocy się wypięła i nie dość, że nie rozwinęłam się w tym temacie to jeszcze straciłam nerwy i pieniądze. Łoj, nie ma co do tego wracać ale najwyraźniej pchało mnie w takie pachnące klimaty i dobrze przeczuwałam, że mi to służyć będzie hehe 
Teraz mam swoje miejsce wśród kwiatów w serdecznej, wesołej atmosferze. Robię fajne rzeczy, w dodatku się podobają te drobiazgi mojej produkcji.
Bardzo jestem wdzięczna koleżance za pomoc. Dzięki niej odkryłam nowe pasje, umiejętności i nie czuję się kaleką.
To kolejna osoba, która pomogła mi "rozwinąć skrzydła" . Chociaż nie wie o mnie zbyt dużo jedno co powinna wiedzieć to to, że zrobiła bardzo dobry uczynek pomagając mi hehe 

A i namówiła mnie do pisania bloga. Sama to lubi, a w dodatku nasłuchała się na tai chi jak mi pomogły ćwiczenia Mistrza Moy i chciała, żebym się tym doświadczeniem podzieliła z ludźmi, wierzy, że ktoś może z tej wiedzy skorzystać.
Z czasem, na blogu napisałam o prawie wszystkich moich przeżyciach, nie tylko związanych z tai chi i okazało się to świetną terapią.
Wyrzuciłam z siebie co mnie gnębiło i zamknęłam za tym drzwi. Odkryłam swoje "ja", bo pisząc a nie mówiąc, zmuszona jestem przemyśleć i zdać sobie sprawę z wielu zachowań czyli wzrasta moja świadomość. Dzięki temu ogromnie skorzystałam z nauk wspaniałego nauczyciela, Tenzina Wangyala Rinpoche i mogłam odmienić swoje życie.

Ona żyje z pożytkiem dla innych, nie tylko dla mnie. 
Mam nadzieję, że ją to cieszy hehe
Wiem, że Ją to cieszy, tylko pewnie nie uważa, że to coś wielkiego.
A to jest coś Wielkiego hehe
   

środa, 16 grudnia 2015

Kwintesencja ...

    Kiedy sobie leżę kłębi się w mojej głowie mnóstwo cennych myli, mądrych sentencji, porad hehe ale kiedy siadam, żeby to sobie zapisać, żeby nie zapomnieć nigdy, pustka..
To znak, że nie ma co się silić i zapamiętywać, ja sobie, po prostu zawsze poradzę.
Na każdą trudność będzie nowa recepta potrzebna z lekarstwem na nią.
    Największy sukces mojego pobytu w Jeleniej to przemiana jaka się dokonała w mojej głowie, w moim sercu. Przez to, że byłam samotna, nie miałam z kim gadać musiałam poświęcić czas sobie.
Z wielkiego smutku, żalu powstała silna Marzena.
Odkryłam to co nie dawało mi żyć.
Okazuje się, że paraliżował mnie strach.
Strach przed samotnością.
Więc jednak coś w tym było, że zaopiekowałam się samotnymi matkami, samotnym psem czy kotem.
Przypominam sobie też słowa człowieka, który wmawiał mi, że mam jakieś blokady.
Wyśmiałam go, ale teraz myślę, że rzeczywiście miałam blokady, strach mnie blokował.
Trzeba było prawie trzech tygodni samotności, żeby dokopać się do sedna sprawy, do tego co we mnie siedziało, żeby odkryć prawdę o sobie.
Ufff, bolało potężnie nie raz ale warto było.
Przypominam sobie słowa mojego nauczyciela o tym, że coś nieprzyjemnego może poruszyć człowieka, żeby coś zmienił, żeby coś odkrył, żeby zrobił postępy w rozwoju duchowym, psychicznym. Jak jest dobrze, milutko to co zmieniać. Poogląda się film, poczyta  książkę, pójdzie ze znajomymi na piwo, nad czym tu się zastanawiać. Pomyśli się o innych, o tym co się w nas głębiej dzieje, jutro (kiedyś)
Jeśli już coś się zadzieje to jak na ironię, wszyscy się pocieszają, uspokajają, a tu niestety musi zaboleć, żeby ruszyć człowieka, żeby odkrył to co istotne, żeby odkrył jaki jest, co robi, dlaczego myśli tak a nie inaczej bo dzięki temu rozpłyną się trudności i odkryjemy nową wartość życia.
Zrozumiałam  wreszcie moją rozpacz, moje nieszczęście.
I świadomość tego pozwoliła się uwolnić.

Wróciłam innym człowiekiem. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że od kilku lat pracuję na tym, żeby wylazła ze mnie prawdziwa istota Marzeny. To nie takie hop siup w moim przypadku.
Pewnie wszystkie straszne rzeczy, których doświadczyłam się na to złożyły.
Ale warto było, niczego nie żałuję.
Nawet po tym sądzę, że Tam na Górze mnie lubią, że pomogli odkryć istotę mojego istnienia.
Strasznie przykre sytuacje musiałam przeżyć, ale zawsze ktoś życzliwy znalazł się koło mnie i wyciągnął z dołka aż doszłam do momentu, w którym sama dałam sobie radę.
Teraz to ja mogę już pomagać innym, bo mam dużo współczucia, zrozumienia, a w dodatku już jestem mądra więc nie zaszkodzę.

Teraz mogę pokazać na co mnie stać .. i to nie jeden raz

Pierwszy raz ufam sobie !

Hehe, nie jest tak, że nic mnie już nie zaboli, przecież musi boleć jeśli zgubię drogę, żeby odnaleźć trop. Ale przez to wszystko nabawiłam się takiej umiejętności, wiary w to, że zawsze to co spotyka mnie ma sens, jest pożyteczne, żeby się doskonalić, więc bardzo cenne. Dlatego już mi nie straszne co będzie jutro, a w dodatku mam na tyle otwarty umysł, że w każdej sytuacji znajdę powód do radości.
(nie wiem po jakich to proszkach, hehehe, ale niezłe co )  

tak mi się przypomniało, trochę od czapy, że życzyć komuś dobrze to w sumie pożyczyć źle, bo wtedy zmuszony będzie odkryć szczęście na zawsze nie tylko na chwilę
życzyć komuś źle, to chwilowo może mu być dobrze
taki paradoks
jeśli nie jesteśmy pewni co komu życzyć to lepiej w ogóle o nim nie myśleć,  tak wydarzy się to co się ma wydarzyć (jakie jest jego przeznaczenie, jaka karma)
mi np. wyrósł kręgosłup ze stali, jak śmieje się moja koleżanka, która zna mnie od wypadku i obserwuje moje postępy. Coś w tym jest. Prawdziwa istota człowieka jest czysta i doskonała
 (jak twierdzi Tenzin, a ja Mu wierzę) i jest STAŁA
Zmieniają się tylko demony, które ją otaczają (np. nawyk, egoizm, strach itp.)
( to ja tak twierdzę, na razie, hehe)
I mój kręgosłup na tyle się wzmocnił, że demony przeciętne się potłuką próbując zagrozić mojemu "ja"

Rano jest, spać nie mogę, ale mam nadzieję, że napisałam z sensem, w każdym razie na pewno sensownie myślałam hehe

Słońce zaświeciło dla mnie nie raz

 Sanatorium przyniosło mi nadspodziewane korzyści.
Przede wszystkim bardzo mi posłużyło skumulowanie wielu zabiegów. Myślę, że dzięki temu zelżał ból w biodrach. Okazało się, że trzeba te miejsca rozgrzewać więc najlepiej mi się robiło po kąpielach borowinowych i solankowych.
Personel był bardzo życzliwy, serdeczny, pomagali mi we wszystkim. Jakiś sentyment mieli do mnie hehe.
Chodziłam na długie spacery, miałam czas pogapić się na niebo, na góry czyli nacieszyć oczy pięknym światem.
Myślę, że mój dobry stan zdrowia zawdzięczam pogodzie, słoneczku i ciepłu.
Bo od wczoraj znowu ledwie chodzę. Przykro, bo wczoraj prowadziłam pierwsze zajęcia po przerwie i ledwie stałam, buu
I tak ćwiczenia Pana Moy lepiej mi wychodzą niż chodzenie :-D
O korzyściach napiszę jeszcze bo to muszę uwiecznić.
Tylko nie wiem jak hehe bo to nie takie zwykłe przeżycia były....






 Haj :-)


Wracając do Warszawy sudeckie słonko dało na siebie popatrzeć ostatni raz



Wyrwałam obrazki z serwetek do decoupage jak zamierzałam hehe